I LOVE GORZÓW!

3 listopada 2021, 22:52, Robert Bagiński
Muszę dziś przywołać ubiegłotygodniową sesję gorzowskich rajców. Niby wszystko przewidywalne do bólu, ale padło na niej kilka ciekawych konstatacji. Takich, co to definiują nadwarciański klimat oraz krajobraz. Ta dyskusja o miłym w brzmieniu napisie nie jest niewinnym pieprzykiem na brzydkiej gębie gorzowskiego samorządu, ale wiele mówiącym wrzodem.

Złowrogie widmo miłości krąży po Gorzowie. Tak, dobrze przeczytaliście. To nie jest publicystyczny błąd. Rzecz działa się na rzeczonej sesji Rady Miasta, a radna Burdzińska wystrzeliła niczym strzelba z pierwszego aktu Czechowa. Niestety, akrobacje oraz piruety radnych Rafalskiego i Pieńkowskiego, też były zejściem poniżej linii obciachu. Ta pierwsza uknuła spisek, że wskazana przez mieszkańców w budżecie obywatelskim instalacja „I love Gorzów”, to autopromocyjny spisek członków klubu Kocham Gorzów. Radni PiS poszli dalej, dowodząc przy tym, że istnieje pępowinowa więź pomiędzy obywatelskimi inicjatywami a promowaniem przez polityków obcych ideologii.

Zacząłem zachodzić w głowie, jakim cudem „I love Gorzów” radna Burdzińska połączyła z nazwą klubu Kocham Gorzów. Początkowo myślałem, że to jakaś zadra do kolegi z licealnej ławki, którym jest radny i uznany mecenas Jerzy Synowiec, co mogło wyłączyć hamulce powstrzymujące ją przed śmiesznością. Wiem już jednak, że słowna orgia przeciw „I love Gorzów” stymulowana była czymś innym. Bynajmniej nie członkiem... klubu „Kocham Gorzów”. Łączę kropki i widzę inny powód tej gównoburzy. Nikt z radnych PiS-u nie odważył się przyznać, że nie chodzi o sam napis, ale inicjatorkę projektu. To zaś nie wystawia tym politykom dobrego świadectwa. Najbardziej rujnujący dla ich wizerunku nie jest sprzeciw wobec napisu, ale pogardliwy stosunek do osób zaangażowanych w inicjatywę.

Ta dyskusja zabiła resztki wiary w to, że nad Wartą może panować zgoda co do tego, co dzielić nie powinno: powszechnie znanych symboli, które u ludzi normalnych wywołują skojarzenia tylko pozytywne. Jest mało miejsca na socjologiczno-psychologiczną analizę postawy radnych PiS-u, ale takie dyskusje tworzą zły klimat wokół budżetu obywatelskiego oraz aktywności „tak zwanych obywateli” – jak to oryginalnie ujął w swoim wystąpieniu radny Rafalski. Pozorna nieważność tej dyskusji, nie powinna nas zmylić. Bądźmy czujni, bo niektórzy chcą nas okraść z symboli innych niż krzyże, orły, pomniki dla partyzantów z lasu oraz biało czerwone flagi. Te ostatnie są ważne, ale zbytnie ideologizowanie spraw miejskich, przyśpiesza pogrzeb samorządu, w którym ważny głos należy do mieszkańców.

Ta dyskusja o miłym w brzmieniu napisie nie jest niewinnym pieprzykiem na brzydkiej gębie gorzowskiego samorządu, ale wiele mówiącym wrzodem. Scenariusze podobnych dyskusji mogą zagrać gdzieś na Wschodzie lub Południu Polski, ale tu w Lubuskiem są totalnie nietrafione. Wiedzą to nawet ci, którzy polityką się nie interesują.

Czy jest coś, co powinno nas w mieście nad Wartą łączyć? Pewnie sporo, ale jedno z pewnością: miłość do Gorzowa oraz miłość w ogóle. „I love Gorzów” nikomu krzywdy nie uczyni. Trzeba powiedzieć jasno – jest całkowicie na odwrót. Miłości wszelakiej w Gorzowie potrzeba nam więcej, a nie mniej: tej zwykłej i niezwykłej, wolnej i zakazanej, na misjonarza oraz jeźdźca, z PiS-em lub bez jego radnych, analnej, oralnej, hetero i homoseksualnej. Bez różnicy, aby było jej dużo i pod dostatkiem. Znajdą się tacy, co pokochają radną Burdzińską, bo nie od dziś wiadomo, że każda potwora znajdzie swojego amatora.


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości