Dyrektor Wróbel z filharmonii, niektórym lżej

23 listopada 2019, 16:57, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Odejście Wróbla, to tylko malutka część czesnego, jakie Gorzów płaci za lekcję rządzenia miastem przez ludzi o niskiej inteligencji. Moja misja dobiega końca. Nie dałem rady pogodzić pracy na rzecz wysokojakościowej instytucji z interesami lokalnych politykierów – tak w największym skrócie brzmi oświadczenie dyrektora Filharmonii Gorzowskiej.

Mariusz Wróbel mocno wystawał ponad gorzowski światek, chociaż ten traktował go niestety z buta. Wśród osób, które swoje funkcje objęły w trakcie rządów prezydenta Wójcickiego, był jednym z nielicznych wyposażonych w inteligencję oraz wizję instytucji, którą kierował. Reszta wolała prywatę, wątpliwe prawnie szkolenia na boku i przysłowiowe kręcenie lodów. Los dyrektora FG był możliwy do przewidzenia. Nie jest dobrze cytować samego siebie, ale 19 lutego 2017 roku napisałem: „Pamiętać należy, że przyjdzie mu pracować w otoczeniu, z którego jemu podobnych wypłukano. Zderzy się z murem oporu, niekompetencji i załatwiaczy”.

W starym perskim przysłowiu stoi, że jeden głupiec potrafi rzucić taki kamień, do którego wyniesienia będzie trzeba 12 mędrców. W naszym gorzowskim kurniku od takich kamieni aż się kurzy, ale chętnych do ich wynoszenia brakuje od dawna. Sierotą jest tu umiar, szacunek dla lepszych oraz niezależnych. Tak, dyrektor Wróbel mógł pracować w Gorzowie dalej, ale tylko na zasadach, które ustalają wspomniani przez niego politykierzy. I chociaż instytucje takie jak filharmonia potrzebują trwałości oraz kontynuacji, a on posiadał jeszcze sukcesy, najzwyczajniej nie dał rady.

Nie on pierwszy. Normalnie trzeba się mocno nagimnastykować, aby w ciągu dwóch lat doprowadzić do odejścia z filharmonii dwoje wybitnych osobowości: dotychczasowego dyrektora oraz Moniki Wolińskiej. A przecież byli także inni: wybitny specjalista od rewitalizacji Wojciech Kłosowski czy Hanna Gill-Piątek, dzisiaj posłanka z Łodzi. Każdy z nich przeszedł w Gorzowie zimny prysznic, a polewającymi byli najczęściej nasi wybrańcy.

W tym szaleństwie jest metoda. Co to za dyrektor, który nie daje darmowych biletów na koncerty, a w dodatku wymaga od dyrektorki MCK umiejętności pracy projektowej przed Dniami Gorzowa. Szkoda, że dyrektor Wróbel odchodzi naprawdę i na zawsze, a nie na niby, jak prezes Inneko. Ten ostatni wciąż pozostaje szefem GTBS-u. Pracy od miesięcy nie może znaleźć były prezes K-SSSE, bo po dwóch miesiącach w Starostwie Powiatowym usłyszał: „Z panem jest tak, jakby do Stilonu przyjęto Ronaldo”. Mało kto trafia tu w gusta rządzących, jeśli myśli samodzielnie, ma własne zdanie i nie pozwoli traktować się instrumentalnie przez radną, która ze świątyni sztuki robi spiżarnię. Innym radnym też wiele nie potrzeba: wystarczy darmowa wódka i frytki.

To zdumiewające, jak wiele robi się nad Wartą, by Gorzów był przysłowiową „dziurą” nie tylko w anegdotach, ale w rzeczywistości. Tu wiele jest na opak. „Jesteśmy zaskoczeni tym oświadczeniem” – stwierdził rzecznik Ciepiela. Dziwne, bo jest tajemnicą poliszynela, że dyrektor FG starał się o audiencję u prezydenta od trzech tygodni, lecz ten wolał plucie do kapsuły czasu z biskupem Lityńskim. Parafrazując kultową kwestię z filmu „Miś”, prezydent będzie teraz mógł powiedzieć: „W życiu bym do filharmonii nie poszedł”. Przynajmniej do czasu, aż będzie tam Wróbel. Dyrektor z filharmonii, przeciętniakom lżej.


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości