Kto Wróblowi chciał podciąć skrzydła?

22 czerwca 2019, 22:08, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Bez fałszywej skruchy wyznam, że w kwestii dyrektora Filharmonii Gorzowskiej przesadziłem. Brawurowa teza, jakoby nie chciał on występu filharmoników na Dniach Gorzowa, okazała się funta kłaków warta.

Dołączając do żałosnej grupy tych, którzy blokują rozwój Gorzowa, błędnie postawiłem tezę, która nijak się ma do rzeczywistości. Mógłbym założyć pokutną włosiennicę i udać się do Rokitna, ale wolę napisać jak było. Właśnie dlatego poprosiłem redaktora Kluwaka, by poprzedni tekst, najzwyczajniej w świecie usunął. Tajemnicą poliszynela jest to, że ofiarą całej afery jest nie tylko dyrektor Wróbel, ale również prezydent Wójcicki, który uwierzył nieprawdziwej narracji swoich współpracowników. Byłoby publicystyczną nieścisłością twierdzić, że prezydent Wójcicki wypowiadając słowa: „My się z tego koncertu absolutnie nie wycofaliśmy”, kłamał, bo co najwyżej, oszczędnie gospodarował prawdą. Albo nie wiedział wszystkiego. A może czegoś nie rozumiał i ta ostatnia teza jest chyba najtrafniejsza.

Knucie przeciw mądrzejszym od siebie, już dawno stało się domeną konkurujących ze sobą koterii i klik w gorzowskiej kulturze. Nigdy nie ograniczało ich poczucie wstydu ani przyzwoitość, ale tym razem, mocno przesadzili. Ponieważ jest to tekst o kulturze, powinno być po francusku. Znalazłem tylko jedno słowo, które oddaje całość nędzy tego środowiska, a mianowicie „merde”, czyli gów...o. Oczywiście, chciałbym być „glamur”, ale w przypadku tej sprawy paranoja przekroczyła Rubikon.
W szumiącym gwarze informacji i komentarzy wnet znaleziono winnego. Stoi przede mną trudne zadanie pokazania, że kierownictwo Filharmonii Gorzowskiej padło ofiarą dosyć naturalnej w powiatowym mieście amatorszczyzny, a sprawa występu z Electric Light Orchestra, to zaledwie wierzchołek góry lodowej, nad którą unosi się odór... Czystej Wody.

Ale najpierw fakty. „Nie udźwignę, nie sądziłam, że ten koszt urośnie do takiej kwoty” – napisała 6 czerwca dyrektor Miejskiego Centrum Kultury Hanna Błauciak w wiadomości do szefa Filharmonii Gorzowskiej. Dokładnie cztery dni później i mocno przed północą sugerowała, by udział filharmoników ograniczyć do kwartetu. Kierownictwo filharmonii robiło wszystko, aby w wydarzeniu wziąć udział. Dzień później 11 czerwca, a więc dokładnie cztery dni przed koncertem i jeden dzień przed długo wcześniej zaplanowaną konferencją w filharmonii, dyrektor Błauciak była już bardziej precyzyjna: „Niestety, jesteśmy zmuszeni zrezygnować. Bardzo mi przykro”. Wtedy szybkowar eksplodował, a ratuszowe służby wykreowały bajkę o złym Wróblu i zatroskanym Wójcickim. Przepaść między oświadczeniami prezydenta i jego rzecznika a rzeczywistością, była głębsza niż Rów Mariański.

Na dyrektora Filharmonii Gorzowskiej lały się hektolitry internetowych oskarżeń, mimo iż od początku zawaliło Miejskie Centrum Kultury. Powieka nikomu w Ratuszu nie zadrżała, gdy z dyrektora Wróbla robiono ofiarnego kozła. Dość przypomnieć, że nuty do mającego się odbyć 15 czerwca koncertu, dyrektor MCK dostarczyła dopiero 29 maja. W tak krótkim terminie trudno nauczyć się gry na grzebieniu, a co dopiero przygotować do poważnego koncertu, ale i wtedy muzycy z ulicy Dziewięciu Muz nie poddali się.

„Msza Koronacyjna” Wolfganga Amadeusa Mozarta była tegorocznym hitem Filharmonii Gorzowskiej. Niestety, najbardziej ponurą mszę celebrowali w pobliżu Dni Gorzowa główni aktorzy miejskiego obciachu. Ile kitu można wcisnąć mieszkańcom, gdy samemu zawaliło się na wszystkich flankach? Prezydent i jego ludzie udowodnili, że całkiem sporo.

Opowieści grozy o intrygach prezes fundacji Czystej Wody, prymitywnych interwencjach wiceprezydent od kultury w imieniu tejże fundacji i wreszcie opowieść o kantorku z przeterminowaną żywnością w Filharmonii Gorzowskiej, to tylko malutka część gorzowskich patologii, które walą do drzwi filharmonii. Tak dobrze przeczytaliście. W budynku przy Dziewięciu Muz odkryto kantorek z jedzeniem. Okazało się, że to spiżarnia radnej Wojciechowskiej, a składowane tam napoje i słodkości mają terminy ważności sprzed czterech lat. Dyrektor Wróbel zadał pytanie: „Co to jest i dlaczego tutaj?”. Odpowiedź może śmieszyć, ale jest ilustracją gorzowskiej nędzy. „To z banku żywności, bo utylizacja jest zbyt droga, a my to rozdamy dzieciom na imprezach” – odpowiedziała radna. Koniec. Kropka. To nie jest śmieszne.

Rozmawiając z dyrektorem Wróblem zrozumiałem, dlaczego w Smoleńsku rozbił się samolot z polskim prezydentem. Tam decyzje za pilotów zaczęli podejmować politycy. Filharmonia to jeden z wielu punktów, gdzie swoje macki próbują zapuścić miejskie patologie. Sam Wróbel, obejmując funkcję dyrektora wypłynął na zupenie nieznane sobie dotychczas wody, gdzie „merde” jest więcej niż rybek, a te ostatnie nie spełniają życzeń, lecz z życzeniami, oczekiwaniami i absurdalnymi żądaniami przychodzą.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości


x