Ponad milion na promocję widmo

17 lutego 2019, 21:59, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Nie chcę być kimś w rodzaju „stalofoba”, bo gorzowski klub i jego kierownictwo są wartością samą w sobie, ale o pieniądzach publicznych warto rozmawiać głośno. Szczególnie wtedy, gdy przekazywane są po cichu.

Tak, „Stal Gorzów” jest nad Wartą jak czarna dziura, która nie tylko asymiluje każdą publiczną dotację, ale też zakrzywia otaczającą ją rzeczywistość. Im bliżej VIP-owskiej loży lub możliwości otrzymania darmowego karnetu, tym bardziej wszystko jest wykrzywione. Argumentem, którego ignorować nie można, jest kilka tysięcy stadionowych kibiców. Pewnie dlatego, prezydent Wójcicki zdecydował, że oprócz budżetowej „bańki”, klub ze Śląskiej dostanie dodatkowe 1,3 mln, jako zapłatę za promocję miasta. „Elementem kampanii będzie zbadanie siły promocyjnej Stali na arenie międzynarodowej” – wypalił rzecznik Wiesław Ciepiela, który jest zbyt inteligentny na to, by nie wiedzieć, że ów siłę najpierw się bada, a dopiero później wydaje na nią tak duże pieniądze.

W sportowym światku wrze i bulgocze, niczym kiedyś w Wezuwiuszu, bo wszyscy wiedzą, że dotacja jest rekompensatą za odebranie Grand Prix. To dobra ilustracja tego, jak klub działać nie powinien. W normalnej firmie, gdy traci się intratny kontrakt, który mocno waży na firmowym budżecie, wdraża się plan naprawczy, szuka oszczędności lub prowadzi bardziej ekspansywną akwizycję na rynku. Dlaczego „Stal Gorzów” tej filozofii przestrzegać nie musi? Bo czuje się świętą krową gorzowskiego sportu – zbyt dużą, aby zdechnąć, i zbyt słabą, aby się uniezależnić.

Transparentność nigdy nie znajdowała się zbyt wysoko na liście priorytetów kierownictwa klubu. Powinna być jednak ważna dla władz miasta, co należy podać w wątpliwość, gdy słyszy się rzecznika, argumentującego, iż promocja na programach biegów, biletach i klubowych telebimach, to usługa warta ponad milion. To tak, jakby producent pasty do zębów, reklamował swój produkt wśród pracowników fabryki, gdzie jest ona produkowana. Można też bardziej lapidarnie – płacą wszyscy, oglądają nieliczni. Do meritum. Sama promocja miasta przez drużyny i kluby sportowe oczywiście może być doskonałym narzędziem promocji, pod warunkiem, że najpierw określimy konkretny cel, jaki chcemy osiągnąć, a później zbadamy, czy choć zbliżyliśmy się do niego. Chyba że miastu nie zależy na tym, czy jego postrzeganie w grupie docelowej się zmienia, a jedynie na rozgłosie i liczbie wzmianek w niszowych mediach.

Jeśli narracja o promocji to nie ściema, a ponad „bańka” ma pójść na promocję miasta, to może warto iść inną drogą? Koszt udziału Zielonej Góry w filmie „Rodzinka.pl” wyniósł 103 tysiące złotych, a efekty były i są ogromne. Za tę kwotę miasto dostało działania z zakresu public relations ze strony TVP, billboardy sponsorskie oraz emisję serialu w telewizji i Internecie. Dla porównania reklama przed odcinkiem „M jak miłość” kosztuje około 80 tysięcy zł. Podobną drogą poszedł Toruń z udziałem w serialu „Lekarze” i oczywiście Sandomierz z „Ojcem Mateuszem”. My w Gorzowie, nie potrafiliśmy wykorzystać nawet filmu o Papuszy, który był kręcony poza miastem. Inny przykład to „Tour de Pologne”. Katowice wydaja na to 500 tys. zł, Rzeszów 300 tys. zł, Tarnowskie Góry blisko 250 tys. zł, a Zakopane i Zawiercie 200 tys. zł. W każdym z tych miast był start lub meta jednego z etapów.

Niektórzy rajcy próbują pokazać, że sprawę rozumieją i chętnie zawalczą o to, aby było racjonalnie, ale to coś w rodzaju wrestlingu, gdzie wszystko jest udawane i z góry ustalone. W rzeczywistości jadą pociągiem osobistej próżności, wprost na stację o nazwie „Stal Gorzów”. Są przekonani, że inny sportowy świat nie istnieje. Dopóki, jak Neo w „Matrix”, nie łykną czerwonej tabletki, by zobaczyć świat na zewnątrz, będą przekonani, że Gorzów promować można tylko przez żużel. Smutne, bo pewnie nie wiedzą, że Ratusz nie wyprodukował ani jednego folderu, mapy lub produkcji internetowej w języku niemieckim, lub angielskim o mieście, a chcą się promować sportem, który poza Polską pasjonuje już tylko głuchych i ślepych. Irytujący przykład: „Zielona Góra is beautiful” ma ponad 36 600 wyświetleń i pokazuje miasto w pełnej krasie. To więcej niż efekt promocji Warszawy w wykonaniu znanej austriackiej blogerki podróżniczki Victorii. A jak promuje się Gorzów? „Jestem stąd” - w miejscach, gdzie zamalowany jest syf.


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości


x