Świąteczne jaja i lanie wody z króliczkiem w tle

20 kwietnia 2019, 15:47, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
W Jerozolimie byłem, przy grobie mocno się zadumałem, ale fajnie nie było. Szerokim łukiem omijam miejsca, co do których ludzie mają pewność, choć wskazana jest tylko wiara. To jak z imprezami: wolę pogrzeby niż śluby. Te pierwsze są pewne, a drugie nigdy.

Na święta chciałbym być grzeczny, ale szkopuł w tym, że nie potrafię. Niektórzy drwią, że potrafię tylko krytykować, ale jaki szpagat trzeba wykonać, by jaja, lanie wody i królika, pogodzić z powagą śmierci i zmartwychwstania Pana. Tego nie wytrzymają żadne jaja i żaden króliczek. Pikantne jest to, że jaja nie ostają się nad Wartą dłużej niż noc, a wody leje się tu więcej niż gdziekolwiek indziej. I jeszcze ten króliczek. Kojarzy się głównie z prokreacją, a świąteczne zwyczaje temu nie sprzyjają: dużo tłustego, sporo alkoholu i jeszcze to drapanie jajek. To nie może się podobać nikomu.

Pomysłem na ucieczkę do przodu może być malowanie, a nie drapanie jaj. Przyznaję się, robię sobie jaja z polityków i mam ich wielu na sumieniu. Jestem pod tym względem jak lis w kurniku: biorę tyle jaj, na ile mam ochotę. Bez nich, nie mógłbym pisać o mieliznach lubuskiej polityki, które są właśnie jak jajka. Nigdy nie wiadomo co się wykluje: królewna lub książę, czy jak zwykle, brzydkie kaczątko. Jak okiem sięgnąć, przed jesiennymi wyborami jaj będzie sporo, ale co się z nich wykluje, tego nie wie nikt. Jest coś interesującego w tym, że owe jaja są w życiu politycznym zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Ciekawsze jest to co pod wodą i czego nie widzimy. Samo życie: w basenie od góry w dół niby ciacho, ale potem już gorzej.

Płynnie przechodzimy do króliczka, który w życiu publicznym tworzy zawsze narcystyczne show. Jest tam nadwyżka ruchliwości bez sensu, która jest przyprawą polityki, niczym chrzan dla białej kiełbasy. Efekt „wow” można na prowincji wywoływać na różne sposoby, a króliczki są w tym przydatne, jak najbardziej. Ot, bohater powieści Illji Erenburga o Lejzorku Rojtszwańcu, któremu udało się zero królika rozmnożyć do ilości 11 726 i jeszcze połówki sztuki. Taki archetyp dzisiejszego senatora z „Przemysłówki”: został pracownikiem wydziału hodowli i miał zlecony nadzór nad rozmnażaniem królików. Kłopot w tym, że tam, gdzie pracował, nie było nawet jednej pary takich zwierzątek. Nie przeszkadzało to w tym, by rozmnażały się jedynie w deklaracjach. Jak już ta woda się leje, to wiadomo, że ocean wyborczych obietnic będzie pełny jaj, a może nawet zbuków.

Tyle tylko, że ten „as” bierze raz – jak mawiają szulerzy. Nad wyborczym horyzontem unoszą się bowiem chmury, będące zapowiedzią deszczu, a więc lania wody. Mętne fale podmywają fundamenty naszej wiary w polityków, a myślą zahaczam o procentowego posła z „Solidarności”, ale też o posłankę. Nie miejmy złudzeń, jej udział w otwarciu ścieżki przy Kłodawce, to nie przypadek. Chciała na Kłodawce złapać wiatr w żagle, by jesienią znów dowiosłować na Wiejską, ale na drodze staną jej najpewniej pa(h)le. Stygmatu pierwszej lejwody już się nie pozbędzie, a na jej polityczny wrestling, nikt się nie nabiera. W tej zbitce słów jest klucz, bo łódka się kołysze, i trzeba wejść na mostek, by woda nie lała się na pokład.

Jeśli o laniu wody, to platformerski okręt jeszcze nie tonie, ale pojawiły się w nim dziury trudne do załatania. Gdy płynie wielkanocna woda, trzeba wiedzieć skąd wieje wiatr, bo jedni robią sobie jaja, a inni naśladują Lejzorka Rojtszwańca. Produkują, kreują, leją wodę. Fakty nie podlegają dyskusji: nieświeże jajka zawsze pływają w wodzie, a świeże toną. Bardzo możliwe, że politycy robiący sobie z nas jaja, wciąż będą pływać na powierzchni i naiwnością byłoby wierzyć w to, że szybko się to zmieni. Ciśnie się na usta wołanie: „Chcemy świeżości!”. Jak kania dżdżu pragniemy tego w życiu publicznym.

Byłoby zaniedbaniem, nie wspomnieć o innym króliku z kapelusza. Mowa o eksprezydencie od inwestycji, co to jaj nigdy w polityce nie miał, ale zaczął je robić w publicystyce. Jego ostatnie wynurzenia, to lanie wody w czystej postaci, bo zamiast założyć pokutną włosiennicę i udać się do Canossy, postanowił się wymądrzać. Wszedł w buty kozła ofiarnego, chociaż w Wielkanoc bardziej odpowiedni byłby baran. W jego potoku słów, zepsutych jaj co niemiara. Pozostaje zagadką, co z nich upichci i czy zdąży przed wyborami, bo wyzywający go od synów Kurtyzany sklepikarze, nadal żyją i nie mają się dobrze.

Ów felieton to nieśmieszna komedia o gorzowskiej polityce, której nikt nie potrafi ukrzyżować, by mogła powstać z martwych. W praktyce oznacza to, że do wyboru mieć będziemy dżumę lub cholerę, przy czym lekarstwo może być gorsze od choroby. Niestety szukamy ścieżek idących na przełaj, choć droga do wymarzonego ideału nigdy nie będzie spacerkiem po różach. Jak się uda w jednym miejscu, to gdzie indziej będzie słabiej. Jak z mityczną Hydrą – w miejsce obciętej głowy odrosną dwie lub trzy. Jesteśmy skazani na jaja, lanie wody i numery z króliczkiem.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości


x