Wiadomości

Gorzowski Matrix: Centrum życiowe

9 czerwca 2026, 18:04, Marcin Kluwak
Jednym z najpiękniejszych pojęć, jakie wymyśliła polska polityka, jest „centrum życiowe”. Brzmi niemal filozoficznie. Trochę jak temat pracy magisterskiej na pierwszym roku socjologii albo pytanie, które zadaje człowiek po dwóch kieliszkach czerwonego wina. Gdzie znajduje się nasze centrum życiowe? Czy tam, gdzie śpimy? Tam, gdzie pracujemy? Tam, gdzie płacimy podatki? A może tam, gdzie robimy zakupy, wyprowadzamy psa i przeklinamy dziury w chodnikach? Pytanie wydaje się zabawne do momentu, kiedy okazuje się, że od odpowiedzi na nie może zależeć polityczna przyszłość jednego z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w mieście.

Przez ostatnie tygodnie Gorzów żył bowiem historią, która mogłaby powstać wyłącznie nad Wartą. Nie chodziło o nową inwestycję, wielki sukces gospodarczy ani spektakularną aferę finansową. Dyskutowaliśmy o miejscu zamieszkania radnego. Nie byle jakiego radnego. Szefa klubu Koalicji Obywatelskiej, byłego prezesa Stali Gorzów, człowieka, którego jeszcze niedawno wymieniano wśród potencjalnych kandydatów do najważniejszych stanowisk w mieście. Można było odnieść wrażenie, że obserwujemy lokalną wersję filmu Barei, w której wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale nikt nie potrafi tego powiedzieć wprost.

Najciekawsze w tej historii nie jest jednak to, czy Ireneusz Maciej Zmora mieszkał w Gorzowie, Karninie czy na księżycu. Od ustalania takich rzeczy są urzędnicy, sądy i prokuratorzy. Felietonista ma komfort zajmowania się sprawami znacznie ciekawszymi. Na przykład obserwowaniem, jak lokalna klasa polityczna próbuje przekonać mieszkańców, że nie widzą tego, co widzą.

Dalsza część artykułu pod reklamą
REKLAMA

Bo przecież wszyscy oglądaliśmy ten sam spektakl. Najpierw usłyszeliśmy, że problem nie istnieje. Potem, że istnieje, ale jest nieistotny. Następnie, że za wszystkim stoją polityczni przeciwnicy. Później, że chodzi o atak na Stal Gorzów. Jeszcze później o próbę destabilizacji miasta. Gdyby cała historia potrwała miesiąc dłużej, zapewne dowiedzielibyśmy się, że za aferą stoją masoni, reptilianie albo lobby producentów kostki brukowej.

Przyznam, że od dawna fascynuje mnie szczególna cecha gorzowskiej polityki. Polega ona na tym, że niemal każdy spór bardzo szybko przestaje dotyczyć tego, czego dotyczył na początku. Jeżeli ktoś pyta o finanse, słyszy o polityce. Jeżeli pyta o politykę, słyszy o sporcie. Jeżeli pyta o sport, słyszy o emocjach. Jeżeli pyta o emocje, słyszy o hejcie. To trochę jak rozmowa z człowiekiem, który zapytany o godzinę, zaczyna tłumaczyć, dlaczego zepsuł mu się samochód. Teoretycznie odpowiedź padła, ale człowiek nadal nie wie, która jest godzina.

Spór wokół radnego Zmory ujawnił coś jeszcze.

W Gorzowie od dawna funkcjonuje pewien model uprawiania polityki, którego nie znajdziemy w podręcznikach samorządu, ale który mieszkańcy rozpoznają bez najmniejszego problemu. Polega on na przekonaniu, że doświadczenie, rozpoznawalność, zasługi, znajomości i obecność w życiu publicznym przez odpowiednio długi czas stają się wartością samą w sobie. Człowiek najpierw zdobywa pozycję, potem autorytet, następnie wpływy, aż w końcu zaczyna wierzyć, że wszystko to razem tworzy coś w rodzaju dodatkowego immunitetu. Nie prawnego, rzecz jasna. Mentalnego. Takiego, który sprawia, że pytania zadawane zwykłym ludziom zaczynają wydawać się niestosowne, gdy dotyczą osób znanych, wpływowych i zasłużonych.

I właśnie dlatego sprawa radnego Zmory wywołała tak duże emocje. Nie dlatego, że mieszkańcy nagle zainteresowali się zawiłościami kodeksu wyborczego. Nie oszukujmy się. Dziewięciu na dziesięciu gorzowian nigdy do tego kodeksu nie zajrzało i zapewne nigdy nie zajrzy. Zainteresowało ich coś znacznie prostszego. Przez wiele tygodni obserwowali bowiem sytuację, w której grupa ludzi próbowała przekonać ich, że problem jest wyłącznie politycznym wymysłem, podczas gdy oni coraz wyraźniej nabierali przekonania, że skoro potrzeba tylu wyjaśnień, tylu oświadczeń, tylu interpretacji i tylu publicznych wystąpień, to sprawa najwyraźniej nie jest tak oczywista, jak próbowano ją przedstawiać.

Dlatego transparenty przyniesione na sesję rady miasta były znacznie ważniejsze niż mogło się wydawać ich autorom. Nie dlatego, że były szczególnie błyskotliwe. Nie były. Miały jednak jedną zaletę. Pokazywały, że część mieszkańców przestała traktować lokalną politykę poważnie. A to dla polityka zawsze jest wiadomość znacznie gorsza od krytyki. Polityk może żyć z niechęcią wyborców. Może żyć z krytyką mediów. Może nawet żyć z porażkami. Najgorzej, kiedy staje się bohaterem żartu.

Być może więc największym przegranym ostatnich tygodni nie jest sam Ireneusz Maciej Zmora. Być może przegranym jest cała gorzowska klasa polityczna, która po raz kolejny pokazała mieszkańcom, że bardziej interesuje ją obrona własnego środowiska niż szybkie i przejrzyste wyjaśnienie sprawy. A kiedy politycy zaczynają tłumaczyć się dłużej niż trwa sama afera, mieszkańcy nabierają przekonania, że problem jest znacznie większy niż ten, o którym mówi się oficjalnie.

W tej historii najbardziej rozbawiło mnie jednak co innego. Oto przez lata słyszeliśmy od lokalnych polityków opowieści o wielkich strategiach rozwoju, inteligentnym mieście, nowych inwestycjach, zatrzymywaniu młodych ludzi i budowaniu metropolitalnych ambicji. Potem przyszła rzeczywistość i okazało się, że polityczną sceną Gorzowa przez wiele tygodni wstrząsa pytanie o to, gdzie dokładnie znajduje się centrum życiowe jednego radnego. Gdyby ktoś szukał metafory naszego miasta, trudno byłoby znaleźć lepszą.

Najbardziej zastanawiające jest jednak coś jeszcze. Przez kilka tygodni mieszkańcom tłumaczono, że wszystko jest w porządku. Padały oświadczenia, wywiady, uchwały, ekspertyzy i deklaracje. Tworzono wrażenie, że sprawa jest oczywista, a zarzuty wydumane. Tymczasem finał okazał się zaskakująco prosty. Człowiek, który jeszcze niedawno zapowiadał walkę do końca, po prostu złożył mandat.

I właśnie dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że największym problemem tej historii nie jest sam Ireneusz Maciej Zmora. Problemem jest mechanizm, który po raz kolejny zobaczyliśmy w całej okazałości. Gdy pojawia się niewygodne pytanie, lokalna polityka nie odpowiada na nie od razu. Najpierw buduje zasieki. Potem okopy. Następnie wysyła zwiadowców, ekspertów i obrońców. A kiedy kurz opada, okazuje się, że sprawę można było zakończyć znacznie wcześniej i znacznie prościej.

Być może więc nie warto już pytać, gdzie znajdowało się centrum życiowe jednego radnego. Znacznie ciekawsze jest pytanie, gdzie znajduje się dziś centrum zdrowego rozsądku gorzowskiej polityki. Bo jeśli ktoś jeszcze potrafi je wskazać na mapie, to powinien czym prędzej postawić tam pomnik. Coraz więcej mieszkańców mogłoby mieć problem z jego odnalezieniem.

Marcin Kluwak

Marcin Kluwak

marcin.kluwak@gorzowianin.com

Podziel się

Komentarze

Zobacz, jak wygląda Gorzów teraz – kamera na żywo

Vmedia

Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości