Wiadomości

Gorzowski Matrix: Giełda nazwisk, czyli kto już mierzy firanki przy Sikorskiego

4 lutego 2026, 20:15, Marcin Kluwak
Do wyborów samorządowych zostało jeszcze sporo czasu, bo kalendarz bezlitośnie wskazuje rok 2029, ale w Gorzowie polityczny zegar chodzi według zupełnie innych zasad. Tu kampania zaczyna się zawsze wcześniej, dyskretnie, półgębkiem, z uśmiechem do kamery i ręką położoną niby przypadkiem na jakimś lokalnym problemie, najlepiej takim, który wywołuje emocje, a jeszcze lepiej - daje się sfotografować. I nie ma w tym nic odkrywczego, bo gdy tylko w powietrzu pojawia się pytanie o następcę urzędującego prezydenta, natychmiast rusza giełda nazwisk, ambicji i politycznych kalkulacji.

Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się wokół Stali Gorzów, żeby zrozumieć, że klub znów staje się trampoliną do politycznych ambicji. W tym mieście żużel nie jest sportem - jest narzędziem. Kto potrafi ustawić się blisko toru, ten liczy na to, że kiedyś ustawi się też bliżej fotela prezydenta. I nie jest to żadna nowość.

W Koalicji Obywatelskiej sytuacja robi się coraz gęstsza, choć oficjalnie nikt niczego nie potwierdza. Robert Surowiec, przewodniczący Rady Miasta, jest dziś najbardziej widocznym graczem. Aktywny, konsekwentny, obecny na każdym możliwym froncie - wygląda jak kandydat naturalny, wręcz podręcznikowy. Problem w tym, że KO może wystawić tylko jednego kandydata, a chętnych jest więcej. Surowcowi ciąży jednak szpital. Choć dwoi się i troi, żeby wizerunek gorzowskiej lecznicy był jak najlepszy, to wielogodzinne kolejki na SOR-ze i wprowadzenie płatego parkowania mogą w końcowym rozrachunku odbić się czkawką.

Tuż obok niego pojawia się były prezes Stali - Ireneusz Maciej Zmora. Polityk bez większego doświadczenia i zaplecza, który - jak mówią złośliwi - steruje klubem z tylnego siedzenia, a jednocześnie szykuje sobie plan awaryjny na wypadek, gdyby partyjna centrala postawiła na kogoś innego. Start niezależny w Gorzowie bywa ryzykowny, ale bywa też jedyną drogą dla tych, którzy nie chcą czekać na łaskę struktur. 

Przy tym nazwisku warto jednak zadać pytanie, którego w Gorzowie zadać nie wypada, ale które wszyscy sobie po cichu zadają. Czy logo Stali Gorzów dziś jeszcze pomaga w politycznej karierze, czy już bardziej ciąży? Bo o ile przez lata żużel był w tym mieście trampoliną do popularności, o tyle dziś coraz częściej przypomina kamień u nogi. Wielomilionowe zadłużenie, kolejne kryzysy finansowe i niekończące się afery związane z klubem przy Śląskiej raczej nie budują wizerunku skutecznego gospodarza. Nawet jeśli ktoś steruje z tylnego siedzenia, to odpowiedzialność - przynajmniej w oczach mieszkańców - i tak spada na tych, których nazwiska krążą wokół klubu od lat. A polityka, wbrew pozorom, ma dobrą pamięć do długów.

Osobnym przypadkiem jest Anna Synowiec. Na wojewódzkich salonach postać silna, rozpoznawalna i oswojona z władzą. W samym Gorzowie - znacznie mniej oczywista jako partyjna jedynka Koalicji Obywatelskiej. I nie jest tajemnicą, że jeśli KO postawi na Roberta Surowca, Synowiec pozostanie jej własna ścieżka. Tyle że ta ścieżka prowadzi dziś raczej przez media społecznościowe niż przez realne decyzje.

Widzisz coś nietypowego lub masz sprawę z Gorzowa?

Napisz do nas przez Messengera, WhatsAppa lub wyślij zgłoszenie. Możesz zostać anonimowy.

Radna dała się bowiem poznać szerzej nie z twardych sejmikowych sporów, lecz z krótkich filmów nagrywanych w drogich wnętrzach samochodu, najczęściej w trasie między Gorzowem a Zieloną Górą. Dużo w nich energii, jeszcze więcej obietnic i deklaracji, ale gdy spróbować przełożyć ten przekaz na konkret - pojawia się kłopot. Bo co właściwie Zielona Góra, z perspektywy sejmiku, realnie zaproponowała Gorzowowi? Lepsze połączenia kolejowe? Przełom w sprawie linii 203? Równoważenie północy regionu? Na razie więcej w tym narracji niż sprawczości, a polityka - prędzej czy później - zawsze rozlicza z efektów, nie z rolek.

Na tym tle ciekawie - i dla wielu niewygodnie - rysuje się Anna Kozak. Bez zaplecza partyjnych gabinetów, bez sejmikowych salonów i bez „strategii komunikacyjnych” pisanych w Warszawie. Za to z mandatem, który wzięła wprost od mieszkańców i z wynikiem wyborczym, którego wielu kolegów i koleżanek z Rady Miasta może jej tylko zazdrościć. Kozak nie głosuje „jak klub każe”, nie znika między sesjami i - co w Gorzowie bywa grzechem ciężkim - mówi rzeczy niewygodne także dla własnego zaplecza.

To właśnie ona regularnie psuje dobre samopoczucie władzy, zadając pytania, których nikt nie chce słyszeć, i grzebiąc tam, gdzie inni wolą udawać, że „sprawa jest zamknięta”. Nie buduje kampanii na Stali, nie ustawia się pod reflektorami miejskich imprez i nie sprawdza co tydzień, czy algorytm Facebooka ją lubi. Jej kapitałem nie są znajomości, lecz wiarygodność - a to w lokalnej polityce waluta rzadka i niebezpieczna dla układu.

Czy to wystarczy, by realnie myśleć o fotelu przy Sikorskiego? Tego dziś nie wie nikt. Ale jedno jest pewne: gdy ruszy prawdziwa kampania, a nie giełda nazwisk i sondażowe plotki, Kozak będzie jedną z tych postaci, których nie da się już pominąć ani zagłuszyć. I być może właśnie dlatego tak wielu woli udawać, że jej nie ma. Szczególnie jej koledzy z partii.

Po drugiej stronie sceny stoi obóz Jacka Wójcickiego. Sam prezydent raczej szykuje się do innego etapu kariery, ale nie oznacza to, że odda miasto bez próby wpływu na sukcesję. W tym kontekście nazwisko Patryka Broszko pojawia się zbyt często, by uznać to za przypadek. Najpierw wiceprezesura i medialna obecność, później głośny list o problemach Stali - wszystko to wygląda jak starannie budowana narracja pod przyszłą kampanię. Nawet jeśli dziś Broszko nie mówi o prezydenturze, to miasto już zaczyna go z tą rolą oswajać.

W całej tej układance nie można też pominąć samego Jacka Wójcickiego. Choć oficjalnie prezydent coraz częściej zerka poza Gorzów, to w mieście widać wyraźnie, że obok Patryka Broszki zaczyna rozglądać się również w innym kierunku. Coraz częściej - i coraz bardziej demonstracyjnie - na miejskich wydarzeniach u jego boku pojawia się wiceprezydent  Małgorzata Domagała. To nie są już przypadkowe wspólne zdjęcia ani protokolarna obecność. W polityce lokalnej takie sygnały wysyła się celowo, a Gorzów nauczył się już czytać między wierszami. Do tego dochodzi Agata Dusińska, od lat zarządzająca Areną Gorzów, osoba niezwykle lojalna wobec Wójcickiego i jedna z jego najważniejszych sojuszniczek w dwóch ostatnich kampaniach. Arena to dziś nie tylko hala widowiskowa, ale też przestrzeń politycznego wizerunku - a kto kontroluje wizerunek, ten myśli o przyszłości.

Jeśli więc mówimy o kobietach w tej rozgrywce, nie sposób pominąć jeszcze jednego nazwiska, które coraz częściej wraca w kuluarach. Gorzowskie wróble ćwierkają o możliwej kandydaturze Marty Bejnar-Bejnarowicz - osoby, która w 2014 roku stała murem za Jackiem Wójcickim i współtworzyła ruch Ludzie dla Miasta. Jej polityczna droga była kręta: nie wyszło z Hołownią, nie wyszło w dłuższej perspektywie z Wójcickim, ale polityka lokalna ma to do siebie, że lubi drugie i trzecie podejścia. Być może właśnie dlatego coraz częściej słychać pytanie, które jeszcze niedawno padało półżartem: skoro mężczyźni już byli, skoro ambicji jest więcej niż miejsc, to czy tym razem Gorzów nie doczeka się prezydentki? W tym mieście takie scenariusze potrafią dojrzewać długo - i wybuchać nagle.

Na dalszym planie pojawia się Jacek Bachalski. Człowiek, który w poprzednich wyborach zebrał solidny wynik i zapisał się w pamięci gorzowian pomysłem na sprowadzenie Starbucksa. Brzmi banalnie, ale w polityce lokalnej zapamiętywalność bywa ważniejsza niż program. Jeśli Bachalski zbuduje wokół siebie sensowny zespół, może jeszcze w tej rozgrywce odegrać istotną rolę.

Prawa strona sceny politycznej także nie śpi. Coraz częściej przewija się nazwisko Rafalski - i to w dwóch wariantach. Czy chodzi o Tomasza, wiceprzewodniczącego Rady Miasta, czy o Elżbietę Rafalską, byłą minister, wciąż nie jest jasne. Jedno jest pewne: oba nazwiska są w Gorzowie rozpoznawalne i niosą polityczny ciężar, którego nie da się zignorować.

Na koniec zostaje Konfederacja, która w skali kraju rośnie, ale lokalnie wciąż nie znalazła twarzy zdolnej pociągnąć za sobą wyborców, oraz Partia Razem, młoda, ideowa i głośna, lecz w realnej walce o prezydenturę raczej skazana na rolę komentatora niż gracza.

Kandydaci niezależni pojawią się jak zawsze. Z dobrymi intencjami, ciekawymi pomysłami i zerowym zapleczem. Ubarwią kampanię, dodadzą jej folkloru i znikną po pierwszej turze.

Jedno jest pewne: choć do wyborów daleko, gra już się zaczęła. Uśmiechy są coraz szersze, konflikty coraz bardziej selektywne, a troska o miasto – dziwnie dobrze skadrowana. W Gorzowie kampania nie zaczyna się od ogłoszenia terminu wyborów. Zaczyna się wtedy, gdy ktoś po raz pierwszy uzna, że to już dobry moment, by ustawić się w pierwszym rzędzie.

Marcin Kluwak

Marcin Kluwak

marcin.kluwak@gorzowianin.com

Podziel się

Komentarze

Zobacz, jak wygląda Gorzów teraz – kamera na żywo

Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości