Centrum przesiadkowe w Gorzowie. Czy ktoś będzie z niego korzystał?

22 października 2021, 17:35, Marcin Kluwak
Wizualizacja: Autorskie Atelier arch. Leszka Horodyskiego
Kto i na co ma przesiadać się w centrum przesiadkowym w Gorzowie? To pytanie za każdym razem zadają sobie mieszkańcy naszego miasta, gdy tylko słyszą o problemach komunikacyjnych. Czy to z pociągami, czy zawieszanymi kursami autobusów. Stojący nieopodal dworzec PKS od dawna świeci pustkami, a z dworca kolejowego korzystają już tylko nieliczni, czyli ci, którzy muszą.

Jak przekonują miejscy urzędnicy, budowa węzła przesiadkowego ma zachęcić mieszkańców i turystów do korzystania z transportu publicznego. Problem w tym, że sama budowa nie sprawi, że gorzowianie porzucą swoje samochody i zaczną korzystać z pociągów, czy autobusów. Dojazd do Poznania, Zielonej Góry czy Szczecina pociągiem to wciąż udręka i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie cokolwiek w tej kwestii miało się zmienić. Więc gorzowianie słusznie wybierają samochody.

Urząd Marszałkowski Województwa Lubuskiego - mimo szumnych zapowiedzi -  nie ma w planach na najbliższy czas zakupu kolejnych nowoczesnych szynobusów, które obsłużą pasażerów na linii Kostrzyn - Krzyż i Gorzów - Zielona Góra. Obecne padają jak muchy po różnego rodzaju kolizjach, lub stoją i czekają na przeglądy. Padł pomysł reaktywacji linii do Myśliborza, a PKP Intercity niby ma uruchomić jeden dodatkowy pociąg w kierunku Krakowa, ale zapewne będzie to tylko pomysł na rok, góra dwa lata. Ile razy już tak było, że najpierw szumnie zapowiadano utworzenie nowego połączenia, a później pociąg na trasie do Gorzowa woził muchy?

Z obsługi komunikacyjnej miasta wycofuje się powoli Flixbus. Zielony przewoźnik jeździ tylko tam, gdzie to się opłaca. Nic dziwnego, bo przecież Flixbus nie dostaje dotacji państwowych, a firma - jak każda - nastawiona jest na zysk. A na podróżach gorzowian raczej zarobić się nie da, skoro autobus do stolicy uruchamiany jest tylko sezonowo - w okresie wakacyjnym. Wspomniany wcześniej dworzec PKS już nawet nie jest dworcem, bo tak naprawdę budynek jest z reguły zamknięty, a z miasta wojewódzkiego - poza sezonem - odjeżdżają autobusy podmiejskie, lub co najwyżej do Międzychodu czy Strzelec Krajeńskich.

Wróćmy do kolei. Według danych Urzędu Transportu Kolejowego średnio w miesiącu na stacji Gorzów Wielkopolski zatrzymuje się 1200 pociągów, co w skali roku daje 14 400 pociągów. Ten sam urząd podaje, że na stacji Gorzów Wielkopolski wymiana pasażerów w skali całego roku wyniosła 660 tysięcy osób. Z matematycznych wyliczeń wynika więc, że średnio  jeden pociąg odbiera i przywozi do i z Gorzowa... 45 osób. Oczywiście są to dane uśrednione i trzeba pamiętać, że w godzinach komunikacyjnego szczytu pociągi jadące do Gorzowa potrafią być wypchane do granic możliwości. Największy potok pasażerski jest oczywiście w piątki na trasie z Poznania do Gorzowa.

Jak więc zachęcić gorzowian do korzystania z transportu publicznego? Obniżyć ceny biletów. I to nie tych jednorazowych, bo zmiany nawyków komunikacyjnych nie zbudujemy na jednorazowych przejazdach. Darmowa komunikacja też nie przejdzie, ale mamy coś takiego jak Karta Mieszkańca. Tylko z niewiadomych przyczyn karta ta nie daje żadnych sensownych ulg na codzienne przejazdy dorosłym mieszkańcom Gorzowa. A obniżenie cen biletów miesięcznych dla tych, którzy i tak zostawiają swoje dochody w mieście, byłoby ukłonem w kierunku tych, którzy autobusy i tramwaje widzą jedynie zza szyby własnego pojazdu.  Widząc poustawiane donice na każdym chodniku w centrum miasta, zapchane pozostałe miejsca parkingowe, w końcu przysłowiowy Kowalski pomyśli, że mając "sieciówkę" nie potrzebowałby codziennych podróży samochodem.

Potrzeba też sprawnej, pewnej komunikacji z regionem i dalej z całą Polską. Gorzów ma jeden podstawowy problem. Ciągle narzekamy, że nie ma połączeń, że nie ma jak dojechać do Warszawy, czy nawet pobliskiego Poznania. I to fakt. Tylko takie narzekanie nic nie daje, bo gdy po wielu miesiącach starań, próśb, apeli i pism PKP Intercity w końcu uruchomi jakieś sensowniejsze połączenie - np. z Krakowem, to przysłowiowy pies z kulawą nogą z niego nie korzysta. Tak jak z pociągiem do Gdańska. Na dłuższym odcinku TLK Kociewie wozi powietrze, bo nikt nie chce jechać pociągiem, który, a to się psuje, a to jest bez ogrzewania, a to nawet czasami nie odjedzie ze stacji początkowej. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Ostatnie komentarze na Forum Interesów Komunikacyjnych Gorzowa nie pozostawiają złudzeń. Oto wpis jednego z czytelników, który chciał jechać do Warszawy: Sprawdziłem czas, ilość i jakość połączeń to pomimo tego, że lubię kolej, to niestety chyba jednak wybiorę samochód! To, co się dzieje na kolei, jest żałosne!

Centrum przesiadkowe więc będzie, ale czy będzie wystarczająco dużo pasażerów, aby jego budowa miała sens? Na Dworcowej, zamiast obecnej pętli będzie krańcówka. Oznacza to, że motorniczy będzie musiał zmienić kierunek jazdy tramwaju. W tym miejscu lepiej sprawdziłaby się jednak przystanek przelotowy. ” Jedynka” czy „dwójka” mogłaby skręcać w Jancarza, jechać przez centrum przesiadkowe  i wyjeżdżać dalej na Sikorskiego. Inny pomysł to stworzenie skrętu w prawo dla tramwajów jadących od strony osiedla Słonecznego. Ale nikt o tym oczywiście nie pomyślał, projektując przebudowę skrzyżowania przy Rolniku. Będzie tramwaj, który kursować będzie 2-3 razy w ciągu godziny. Już to kiedyś przerabialiśmy.

Kolejny problem to autobusy komunikacji miejskiej. Ile z obecnych autobusów jadących Aleją Konstytucji i Estkowskiego jest w stanie przejechać przez Dworcową, czy Spichrzową. To wąskie odcinki i gdy skierujemy na te ulice autobusy, może okazać się, że będzie bardzo ciasno. Pamiętajmy, że Jancarza i Spichrzowa służy wielu kierowcom w naszym mieście jako swego rodzaju bypass omijający główne skrzyżowanie. 

Jak powinno wyglądać centrum przesiadkowe z prawdziwego zdarzenia? Tak jak w Zielonej Górze.  - Tam podjeżdża sznur autobusów, wylewa się potok ludzi, którzy spieszą na pociąg, lub inny autobus. U nas będzie tak: z braku miejsca wpuści się 2-3 linie autobusowe, wykastrowany tramwaj i będziemy dowozić pasażerów nie na pociąg, ale na... zastępczą komunikacją autobusową. Do tego nie potrzeba centrum za kilkanaście milionów złotych. Wystarczy blaszana wiata - opowiada jeden z czytelników FIKG. 

Kto więc musi tu działać? Nie media, które wciąż, z uporem wytykają niedoskonałości systemu komunikacyjnego, nie ludzie wylewający codziennie swoje żale na fejsbukowych profilach. To nic nie da. Papier i serwer wszystko przyjmą, ale tylko działanie polityków, urzędników odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy przyniesie konkretne rezultaty. Czas się obudzić, bo z sennego miasta wojewódzkiego możemy stać się zapyziałym miasteczkiem na prowincji. 


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości