W Gorzowie takie pytania nie są rzadkością. Według danych GUS z końca 2024 roku blisko co czwarty mieszkaniec miasta miał 65 lat lub więcej. O seniorach z wyższych pięter budynków bez wind mówi się czasem, że są więźniami czwartego piętra, a choroba, która przykuwa do łóżka, sprawia, że to określenie przestaje być przenośnią. Problem nie dotyczy zresztą tylko osób starszych, bo unieruchomić może też udar, złamanie czy ciężka operacja.
Rodzina ma w takiej sytuacji dwie drogi: sprowadzić badania do chorego albo zawieźć chorego na badania. Przypomina to trochę serwis samochodu. Mechanik z dojazdem sprawdzi akumulator i wymieni olej na parkingu pod blokiem, ale do naprawy zawieszenia potrzebny jest warsztat z podnośnikiem. W medycynie granica przebiega podobnie, a wybór zależy od rodzaju badania, stanu chorego i tego, kto płaci.
Pomysł, by to sprzęt jechał do chorego, a nie odwrotnie, ma ponad sto lat. Jesienią 1914 roku Maria Skłodowska-Curie wyruszyła na front pierwszej wojny światowej samochodem z aparatem rentgenowskim. Zorganizowała około dwudziestu takich pojazdów, które żołnierze nazywali „małymi Curie”. Z jej inicjatywy w ciągu dwóch pierwszych lat wojny powstało też około 200 stałych pracowni radiologicznych.
Noblistka nauczyła się prowadzić samochód, a jako asystentka jeździła z nią 17-letnia córka Irena. Szacuje się, że w czasie wojny prześwietlono w ten sposób ponad milion rannych. Zamiast wozić poszkodowanych do aparatu, Skłodowska-Curie przywiozła aparat do poszkodowanych. Na tej samej zasadzie działa dziś wiele usług medycznych świadczonych w domu pacjenta.
Pomaga w tym miniaturyzacja sprzętu. Pierwsze urządzenie do zapisu EKG w ruchu, zbudowane w 1947 roku przez amerykańskiego biofizyka Normana Holtera, ważyło 38 kg i nosiło się je na plecach. Współczesny rejestrator przypomina mały odtwarzacz muzyki, który przypina się do paska albo zawiesza na szyi. Do mieszkania chorego można dziś przywieźć aparat EKG, holter, a nawet przenośny ultrasonograf.
W publicznej opiece zdrowotnej pierwszym adresem jest przychodnia POZ. Pielęgniarka pobiera tam materiał do badań na zlecenie lekarza rodzinnego, a w domu pacjenta robi to wtedy, gdy przemawiają za tym względy medyczne. U osoby, która nie wstaje z łóżka, są one zwykle oczywiste, ale o domowe pobranie trzeba poprosić, najlepiej już wtedy, gdy lekarz wypisuje zlecenie.
Osoby obłożnie chore, które w skali Barthel uzyskały 40 punktów lub mniej, mogą dostać skierowanie na pielęgniarską opiekę długoterminową w domu. Skala ocenia m.in. samodzielność przy jedzeniu, myciu, ubieraniu się i poruszaniu. Pielęgniarka odwiedza wtedy chorego kilka razy w tygodniu, a w ramach swoich uprawnień może też wystawić skierowanie na niektóre badania.
Gorzej wygląda sprawa badań obrazowych. Lekarz POZ może skierować pacjenta m.in. na EKG, USG brzucha czy RTG, ale w ramach NFZ wykonuje się je zwykle w przychodni lub pracowni, a nie w mieszkaniu chorego. Rodzina staje wtedy przed wyborem: zorganizować przejazd albo poszukać płatnej usługi, która dotrze pod wskazany adres.
W większych miastach coraz łatwiej zamówić badania w domu bez czekania na wolny termin. Do pacjenta przyjeżdża pielęgniarka, która pobiera krew albo odbiera próbkę moczu, a materiał trafia do laboratorium. Na badania laboratoryjne wykonywane prywatnie nie potrzeba skierowania, wystarczy wiedzieć, które parametry zlecił lekarz.
Część placówek wykonuje w domu również EKG, zakłada holtera albo przywozi przenośny aparat USG. Przy podejrzeniu zaburzeń rytmu serca czy kontroli narządów jamy brzusznej to duże ułatwienie, ale trzeba znać granice. Domowe USG nie zawsze zastąpi badanie na dużym aparacie w gabinecie, a jakość wyniku zależy od sprzętu i doświadczenia lekarza.
Ile trzeba na to wydać? Ceny zależą od miasta i zakresu usług. Przykładowo warszawska firma Agamed Trans liczy za pobranie krwi w domu od 149 zł. Przed zamówieniem warto dopytać, czy w cenie są już badania laboratoryjne, czy tylko dojazd i pobranie, bo od tego zależy końcowy rachunek.
Zanim rodzina zdecyduje, czy zamówić badanie do domu, czy transport, warto sprawdzić, do której grupy należy zlecone badanie. Część da się wykonać przy łóżku bez większego wysiłku, część tylko w ograniczonym zakresie, a niektórych nie przywiezie żaden zespół. Orientacyjny podział wygląda tak:
| Badanie | Czy da się je zrobić w domu? | Na co zwrócić uwagę |
|---|---|---|
| Morfologia, glukoza, kreatynina, CRP | tak | w POZ pobranie w domu na zlecenie lekarza, gdy wymaga tego stan chorego |
| Badanie moczu | tak | próbkę trzeba szybko dostarczyć do laboratorium |
| EKG spoczynkowe | tak, zwykle prywatnie | sam zapis trwa kilka minut |
| Holter EKG lub ciśnieniowy | tak, w części placówek | rejestrator nosi się zwykle przez dobę |
| USG | częściowo | przenośny aparat, nie każde badanie da się wykonać |
| RTG, tomografia, rezonans | nie | potrzebna pracownia i przejazd |
| Gastroskopia, kolonoskopia | nie | potrzebne przygotowanie i gabinet endoskopowy |
Tomografu ani rezonansu nikt nie wniesie na trzecie piętro. Aparaty do RTG, tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego pracują w przystosowanych do tego pracowniach, a gastroskopię czy kolonoskopię wykonuje się w gabinetach endoskopowych, które mają odpowiedni sprzęt i zaplecze. Jeśli lekarz zlecił takie badanie, wyjazdu nie da się uniknąć, ale można go dobrze przygotować.
A co, jeśli lekarz zlecił tomografię z kontrastem? Pracownie zwykle wymagają wtedy aktualnego wyniku kreatyniny, który pokazuje, jak pracują nerki. W instrukcjach dla pacjentów szpitale najczęściej podają, że wynik nie może być starszy niż 30 dni, a przy chorobach nerek bywa potrzebny świeższy. Krew można pobrać w domu kilka dni wcześniej i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, sprawdzając przy okazji inne parametry zlecone przez lekarza rodzinnego.
Kto zapłaci za przejazd? Leżący chory nie wsiądzie do autobusu ani tramwaju, a to otwiera drogę do bezpłatnego transportu sanitarnego. Potrzebne jest zlecenie lekarza: rodzinnego przy wyjeździe z domu, specjalisty, gdy leczenie trzeba kontynuować w innej placówce, albo szpitala, gdy pacjent ma trafić do innego ośrodka lub wrócić do domu po wypisie. Przejazd organizuje potem placówka.
NFZ płaci za kurs do najbliższego ośrodka, w którym chory dostanie potrzebną pomoc, i z powrotem. Fundusz przypomina też, by nie wzywać zespołu ratownictwa medycznego, gdy potrzebny jest wyłącznie transport. Jeśli lekarz odmówi zlecenia, a rodzina uważa, że chory go potrzebuje, może poprosić o wyjaśnienie decyzji albo złożyć skargę w Lubuskim Oddziale Wojewódzkim NFZ.
Nie zawsze jednak zlecenie wystarczy, a czasem w ogóle go nie będzie. Tak jest np. wtedy, gdy badanie wyznaczono w prywatnej pracowni, rodzina wybrała ośrodek dalszy niż najbliższy albo zależy jej na konkretnej godzinie. Pozostaje wtedy przewóz chorych opłacany przez rodzinę. Firma dopasowuje pojazd i skład załogi do stanu pacjenta, a osobę, która nie może siedzieć, wiezie na noszach.
Zdarza się też, że chory leczy się daleko od Gorzowa, np. w Poznaniu, Szczecinie albo w stolicy. Gdy celem jest Warszawa, trzeba pokonać kilkaset kilometrów, więc liczy się doświadczenie przewoźnika w długich trasach. Część firm działa w całym kraju, np. warszawska Agamed Trans wozi chorych po całej Polsce. Cenę kursu dobrze uzgodnić jeszcze przed wyjazdem, bo przy takich odległościach decydują o niej głównie kilometry i czas spędzony przez załogę w drodze.
Dla kogoś, kto od tygodni leży, nawet krótki wyjazd jest sporym wysiłkiem, a w poczekalni pracowni trudno o warunki do pielęgnacji czy zmiany pozycji. Kilka spraw warto więc załatwić jeszcze przed przyjazdem załogi:
Osobną sprawą są schody. Załoga powinna mieć sprzęt do znoszenia, np. krzesełko transportowe, na którym chorego sprowadza się w pozycji siedzącej, albo nosze, gdy pacjent nie może siedzieć. Przy zamawianiu przejazdu warto więc od razu powiedzieć, na którym piętrze mieszka chory i jak szeroka jest klatka schodowa, bo od tego zależy, ile osób przyjedzie i z jakim sprzętem.
Florence Nightingale, twórczyni nowoczesnego pielęgniarstwa, pisała w 1863 roku: „Może się wydawać dziwną zasadą, by za pierwszy wymóg stawiany szpitalowi uznać to, że nie powinien szkodzić chorym”. Brzmi jak oczywistość, a jednak pobyt w szpitalu ma swoją cenę, szczególnie dla osób starszych i z otępieniem.
Według brytyjskiego instytutu NICE majaczenie, czyli nagłe zaburzenie świadomości i uwagi, dotyczy około 20–30% pacjentów oddziałów internistycznych. Chorzy, u których się pojawi, częściej upadają i mają odleżyny, a ich pobyt w szpitalu się wydłuża. To nie argument przeciw leczeniu szpitalnemu, tylko za tym, by planowe badania możliwe do wykonania w domu robić w domu.
Granica jest prosta. Nagła duszność, ból w klatce piersiowej, objawy udaru czy utrata przytomności to sygnał, by dzwonić pod 112 lub 999, a nie planować przejazd. W pozostałych sytuacjach decyduje rodzaj badania: co może przyjechać do chorego, niech przyjedzie, a wyjazd na resztę lepiej zaplanować tak, by wystarczył jeden. Nie ma jak w domu, także wtedy, gdy trzeba zbadać krew.
|
Piotr Rubik - "Psałterz wrześniowy" Koncert jubileuszowy - 20-lecie
11 kwietnia 2027
kup bilet |
|
NIRVANA SYMPHONIC TRIBUTE - przebojowy program na żywo w Polsce
6 listopada 2026
kup bilet |
|
LORD OF THE DANCE - 30th Anniversary Tour
9 grudnia 2026
kup bilet |
|
Kabaretowa Biesiada Śląska
22 listopada 2026
kup bilet |