Wiadomości

Makiety dachu na sali rozpraw. Oskarżeni w sprawie pożaru AJP zabrali głos

6 lipca 2026, 16:12, Anna Kluwak
Dwie makiety konstrukcji dachu krytego papą o wymiarach 40 na 50 centymetrów prezentowane na sali rozpraw w Sądzie Rejonowym w Gorzowie jako dowód w procesie o pożar Akademii Jakuba z Paradyża.
fot. Weronika Jaworska
Podczas poniedziałkowej rozprawy przed Sądem Rejonowym w Gorzowie właściciel firmy podwykonawczej Robert B. oraz jego pracownik Sławomir R. po raz pierwszy złożyli szczegółowe wyjaśnienia w sprawie pożaru Akademii Jakuba z Paradyża. Mężczyźni przynieśli na salę rozpraw dwa modele odzwierciedlające konstrukcję dachu i obciążyli generalnego wykonawcę. Świadek Michał S. ujawnił z kolei, że zapach spalenizny był wyczuwalny na 20 minut przed wybuchem ognia, jednak został zignorowany przez kierownictwo.

Do wielkiego pożaru budynków AJP przy ul. Teatralnej doszło 12 kwietnia 2024 roku. Gorzowska prokuratura ustaliła, że bezpośrednią przyczyną było użycie palnika gazowego z otwartym ogniem do mocowania papy. Zgodnie z projektem papa miała być mocowana mechanicznie za pomocą gwoździ do deskowania.

Prokurator przedstawił właścicielowi firmy podwykonawczej Robertowi B. i jego pracownikowi Sławomirowi R. zarzuty sprowadzenia zagrożenia dla życia wielu osób oraz mienia o wielkich rozmiarach. Szkody oszacowano na blisko 18 mln zł, z czego zniszczenia budynku nr 1 wyniosły 9 mln 360 tys. 784 zł, a budynku nr 2 8 mln 424 tys. 368 zł.

Dalsza część artykułu pod reklamą
REKLAMA

Oskarżeni podczas startu procesu w grudniu 2025 roku odmówili składania wyjaśnień, zapowiadając ustosunkowanie się do zarzutów po przesłuchaniu świadków. Podczas drugiej rozprawy na sali pojawił się świadek Krzysztof, który był pijany - wezwana na salę policja przebadała go alkomatem, który wykazał 1,2 promila alkoholu w organizmie, za co sędzia Jacek Krycki ukarał go grzywną w wysokości 1000 zł.

Świadek Michał S.: Dym było czuć 20 minut przed pożarem

W poniedziałek 6 lipca 2026 roku w toczącym się procesie przed sędzią Jackiem Kryckim zeznawał Michał S., elektryk, który w dniu katastrofy przez niespełna trzy godziny demontował starą instalację na poddaszu. Świadek ujawnił rażące zignorowanie pierwszych symptomów zagrożenia, wskazując, że zapach spalenizny był wyczuwalny na długo przed pojawieniem się otartym ogniem.

- Przed godziną 11 zapytałem kierowniczkę, czy czuje dym. Ona powiedziała, że nie. Po dziesięciu minutach zapytałem się o to samo. Powiedziała, że czuje. No i po chwili przyszli od wentylacji. Pytali, czy coś się u nas nie pali. Po chwili przyszło hasło dawać gaśnice na dach - zeznał przed sądem Michał S.

Mężczyzna podkreślił, że od pierwszego momentu wyczucia dymu do okrzyków o ratowaniu dachu minęło około 20 minut. Elektryk dodał, że podczas ucieczki z płonącego obiektu nie zadziałał żaden system bezpieczeństwa. Nie było słychać alarmu przeciwpożarowego, nikt nie użył ręcznych ostrzegaczy pożarowych, a czujki na piętrach nie zareagowały. Ewakuacja klatką wschodową odbywała się w chaosie, a ogień buchnął przy samej kalenicy dachu. Michał S. zaznaczył, że sam nie wychodził na dach i nie widział bezpośrednio pracy dekarzy.

Oskarżony Sławomir R.: Szef kazał zgrzewać, to nie był mój pomysł

Oskarżony robotnik Sławomir R. złożył szczegółowe wyjaśnienia i przyniósł na salę rozpraw dwie makiety odtworzeniowe dachu o wymiarach 40 na 50 centymetrów, aby zademonstrować sędziemu technologię prac. Zaprzeczył, jakoby samodzielnie zdecydował o użyciu ognia na drewnianej konstrukcji dachu.

- Sposób łączenia papy za pomocą palnika nie był moim pomysłem ani moją samodzielną decyzją. Jestem stolarzem, nie miałem dostępu do projektu technicznego. Wykonywałem polecenia mojego pracodawcy, który jako właściciel firmy decydował o sposobie prowadzenia prac - tłumaczył oskarżony Sławomir R.

Mężczyzna pokazywał na makiecie, że tradycyjne przybijanie gwoździami, czyli tzw. papiakami, powodowało natychmiastowe zacieki podczas opadów deszczu. Opisał też moment wybuchu ognia, gdy pracujący na poddaszu murarz zaalarmował go o zapachu spalenizny.

Sławomir R. wszedł na poddasze, a gdy nic nie znalazł, wrócił na dach i oderwał kawałek papy. Wtedy spod materiału pojawił się język ognia. Robotnik wypsikał całą gaśnicę, jednak pożar rozprzestrzeniał się zbyt szybko i dekarze musieli uciekać po rusztowaniu, ponieważ ogień odciął im drogę przez okno poddasza. Oskarżony zaznaczył, że nie przyznaje się do zarzutu umyślnego sprowadzenia katastrofy.

Oskarżony Robert B.: Prosił nas, żebyśmy nie donosili

Szczegóły dotyczące organizacji budowy ujawnił właściciel firmy budowlanej Robert B., który był podwykonawcą robót dachu. Przyznał, że osobiście nakazał pracownikowi użycie palnika na zakładkach papy, ponieważ po montażu mechanicznym całe deskowanie zabytkowego dachu gniło, wdała się korozja oraz grzyb, a woda niszczyła sale wykładowe. Przerwa między ułożeniem papy a kładzeniem dachówek miała wynosić aż trzy miesiące, przez co odsłonięty dach niszczał.

Zapewnił, że palnik był używany jawnie przez wiele tygodni, dach osobiście wizytował projektant Przemysław B. oraz miejski inspektor nadzoru Bartosz i nikt nie zgłaszał uwag. Gdy Robert B. próbował kontaktować się z kierownikiem budowy w sprawie problemów, ten rzucał słuchawką lub kazał radzić sobie samemu. Mężczyzna ujawnił w sądzie, co wydarzyło się około tygodnia po pożarze w siedzibie firmy kierownika budowy reprezentującego generalnego wykonawcę.

- Spotkaliśmy się w siedzibie jego firmy. Najpierw podsunął nam dokumenty do podpisania. Jeden to był zakres prac, który podpisałem, dwa następne były podejrzane. Potem szliśmy do biura. Na tym spotkaniu Szymon S. prosił nas, żebyśmy nie donosili, żebyśmy się trzymali razem - zeznał wprost oskarżony Robert B.

Oskarżony podwykonawca opisał również chaos panujący na terenie inwestycji AJP. Wskazał, że kobieta rozdzielająca zadania, Anna W., w rzeczywistości nie wykonywała obowiązków kierowniczych. Zeznał, że rano na budowie było czuć alkohol od niektórych pracowników, w tym od Krzysztofa K. oraz jednego z braci murarzy, a na terenie budowy znajdowano puszki po piwie. Natomiast inne ekipy na poddaszu używały szlifierek do cięcia metalowych profili, co generowało snopy iskier przy wiszących na powietrzu przewodach elektrycznych starej instalacji. Robert B. dodał również, że na budynku nr 1 palników gazowych do zgrzewania używały także osoby montujące klimatyzację.

Na następnej rozprawie zostanie przesłuchany kolejny świadek.

Anna Kluwak

Anna Kluwak

anna.kluwak@gorzowianin.com

Podziel się

Komentarze

Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości