Ze złamaną nogą czy ręką - 12 godzin czekali na pomoc

1 stycznia 2016, 22:09, Marcin Kluwak
Dantejskie sceny na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Gorzowianie przez wiele godzin czekali na pomoc. Tych, którzy jej się domagali wyprowadzała ochrona. Niektórzy zrezygnowani jechali do szpitali w Skwierzynie bądź Drezdenku...

Po porannych, marznących opadach deszczu, niektóre drogi i większość chodników w Gorzowie i okolicach była skuta lodem. To powodowało, że nagle do szpitala zaczęli docierać pacjenci ze stłuczeniami, złamaniami, czy też skręceniami. Gorzowski szpital nie był jednak przygotowany na przejęcia tak ogromnej ilości pacjentów. Według relacji niektórych z nich, w okolicach godziny 16-17 na korytarzu przy SOR czekało kilkudziesięciu pacjentów. Pomocy udzielał tylko jeden lekarz.

Informacje o problemach w gorzowskim szpitalu otrzymaliśmy na nasz dyżurny numer telefonu 515 016 102. Gorzowianie alarmowali i prosili o pomoc. Jak się okazało, niektórzy czekali na przyjęcie i zbadanie od godziny 11-12. O interwencję poprosili nas około 19, gdy emocje sięgały zenitu.

Według relacji naszych czytelników, na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym pacjentów przyjmował tylko jeden lekarz. - Czekaliśmy kilka godzin bez żadnej informacji, nikt nas nie rejestrował, więc postanowiliśmy sami porozmawiać z lekarzem i dowiedzieć się, czy ktokolwiek udzieli nam pomocy – opowiada jedna ze zdenerwowanych pacjentek.

Eugeniusz Wagienek, mieszkaniec gminy Kłodawa miał rano pecha. Przewrócił się przed własnym domem. Nie czekając na komplikacje pojechał z córką do gorzowskiego szpitala. - Teraz mamy godzinę 21:50, czekałem tu od godziny 14:00. Nic nie jadłem, nic nie piłem, jestem głodny, nie mogę chodzić, zostałem pozostawiony tu – tak jak inni pacjenci – na pastwę losu a raczej na widzimisię jednego lekarza – opowiada Wagienek.

Lekarz dyżurny nie chciał z nikim rozmawiać. Według czekających pacjentów był ordynarny i złośliwy. Nie potrafił udzielić żadnych sensownych informacji. - Na dodatek, przy pomocy pracowników ochrony zostaliśmy wyproszeni sprzed izby przyjęć. Takie zachowanie jest skandaliczne. To uwłacza naszej godności – dodaje Wagienek.

Kilkanaście osób, które czekały na pomoc napisało skargę do prezesa gorzowskiej lecznicy. Podpisali się pod nią wszyscy oczekujący. W pierwszy pracujący dzień trafi ona na biurko prezesa szpitala. - Wielu pacjentów nie chciało czekać w nieskończoność na pomoc. Kilkanaście osób na własną ręke pojechało do pobliskich szpitali i tam uzyskali pomoc. Gorzowianie musieli jechać do szpitali w Skwierzynie, Drezdenku czy Barlinku.

Próbowaliśmy uzyskać informację o przyczynach takiego stanu rzeczy. Okazało się, że jedyną osobą, która może udzielić nam informacji był... lekarz dyżurny. Ten sam, który nie udzielał żadnych informacji oczekującym pacjentom. My również nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nurtujące pytania – ile jeszcze godzin pacjenci będą czekać na pomoc. Dyżurny lekarz wezwał za to ochronę...

Po kilkunastu rozmowach telefonicznych, między innymi z dr Piotrem Dębickim, w końcu na SOR do pomocy został przysłany jeden z lekarzy. Jednak po konsultacji z lekarzem dyżurującym, okazało się, że... nie jest tu potrzebny. Pod presją oczekujących od kilkunastu godzin pacjentów lekarz jednak zaczął przyjmować kolejnych chorych.

- Mam złamany nadgarstek, miesiąc zwolnienia. Na pomoc lekarską czekałam od 12 do 21 – mówi jedna z rozżalonych pacjentek, która opuszczał mury gorzowskiego szpitala. - Oby to była moja pierwsza i ostatnia wizyta w tym miejscu – dodaje.


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości


x