"Dzisiaj nie jestem prezesem, jestem Robert, jestem pielęgniarzem”

20 listopada 2020, 18:56, red
źródło: archiwum prywatne Roberta Surowca
25 lat temu pracowałem ostatni raz jako pielęgniarz, w Szpitalu Miejskim na Warszawskiej, na oddziale intensywnej terapii – tam była szkoła życia, ale tego, co zobaczyłem na oddziale covidowym nie da się opisać słowami. Wydarzenia ostatnich dni, szczególnie hejt, który został skierowany w pracowników naszego Szpitala przekonał mnie do opisania doświadczeń z oddziału covidowego. Wiceprezes gorzowskiego szpitala - Robert Surowiec w ubiegłym miesiącu ubrał się w "stój kosmity" i starał się pomóc personelowi, a przede wszystkim pacjentom chorym na koronawirusa. Oto jego historia:

Godzina 18.40. Przyszedłem na dyżur zestresowany, wystraszony, wchodzę i mówię do dziewczyn: „Cześć, dzisiaj nie jestem prezesem, jestem Robert, jestem pielęgniarzem”. Przechodzimy na „ty”. Prawie cały oddział zajęty. Jest to szczególny oddział, bo leżą na nim pacjenci, którzy trafili tam z koronawirusem z innych oddziałów.

Szykujemy strzykawki, leki… dziewczyny zwracają uwagę, że trzeba się skupić, bo jak ubierzemy stroje „kosmitów”, to nie będzie już czasu i możliwości na naprawę błędów. Od razu wyczuwam, że są profesjonalistkami. Obserwuję, jak bardzo są skupione przy swojej pracy, już nie zwracają uwagi na moje „codzienne stanowisko”, sprawnie działają, wydają polecenia, to pacjent jest najważniejszy.

Jesteśmy gotowi, wchodzimy do szatni i kolejny stres. Strój „kosmity”. Dostaję dokładne instrukcje, jak go nałożyć. Kolejność, zapięcie, maska, czepek, strój rozmiar XL, gogle, przyłbica, rękawiczki – pierwsza para, na nią druga para i na to trzecia (!!!) para rękawiczek.

Pierwsza sala, zostały trzy wolne miejsca, pacjenci w bardzo ciężkim stanie. Wchodzimy, dzielimy się pracą. Ja z Ewą idziemy do pacjentów, Ela szykuje kroplówki. Trzech mężczyzn, pan Roman domaga się papierosa i czegoś do wypicia. Zmieniamy pacjentom pampersy, robimy toaletę, opróżniamy zbiorniki z moczem, czuję, jak pot leje mi się po plecach. W tym stroju nie da się oddychać, organizm szybko daje o tym znać.

Następna sala, następni mężczyźni. Na łóżkach są duże naklejki z imionami i nazwiskami pacjentów, to także po to, żeby nikt nie był anonimowy, to Pan Andrzej, Pan Zbigniew, Pan Adam. Przy jednym z łóżek widzę znajome nazwisko, to Tata mojego biegowego kolegi, zasłużony dla Gorzowa człowiek. Rozglądam się po sali, to był moment, kiedy przyszła chwila zadumy, przerażenia, nieznośnej bezradności, także złości, że możemy być w wielu przypadkach bezsilni.

Pot ściekający po twarzy miesza się ze łzami. Szybko jednak muszę się wziąć w garść, Ela przekazuje kolejne zadania, każda minuta jest ważna. Idziemy tak sala za salą, pacjenci są w różnym stanie, widzę młodą kobietę, chyba pobita, opowiada, że dwaj mężczyźni wrzucili ją do ogniska, miała spaloną rękę, jest po przeszczepie skóry, przez opatrunki przesiąka krew, chirurg je zmienia. Kobieta cały czas opowiada historię swojego życia. Z bólem serca słucham. Chociaż tyle mogę jej dać, swoją uwagę, która na tych oddziałach jest jak lekarstwo, pacjenci tego potrzebują.

Muszę jednak wrócić do obowiązków. Na innym łóżku młody mężczyzna po porażeniu prądem, napięte do granic możliwości mięśnie, w tej pozie jest cały czas, bardzo trudno zmienić pampersa, pomasować plecy, leży bez żadnego kontaktu. Zmieniliśmy pościele, pidżamy, Ela jest cudowną kobietą, stara się z każdym zagadać, mówi nawet do nieprzytomnych, być może, a mam taką nadzieję, że ją słyszą… Ewa w tym czasie zmienia kroplówki, wenflony, pobiera krew, też jest zmęczona. Wracamy, teraz bardzo trudny etap, ściągnięcie stroju „kosmity”, pot chlupie mi w butach, na żadnym ultramaratonie nie spociłem się tak jak wówczas. Udało się. Strój jednorazowy zmienił kolor, jest cały mokry. Siadamy na chwilę w pokoju socjalnym, łapiemy oddech, nadal cieknie z nas pot.

Pijemy herbatę i jemy kanapkę. Mamy kwadrans i z powrotem. Procedura się powtarza. Mierzymy ciśnienie, poziom cukru, kroplówki. Jeden z panów próbuje coś do mnie mówić, nie mogę go zrozumieć. Pytam, czy coś go boli, kiwa, że nie… chwytam go za rękę. Do teraz mam w głowie jego wypowiedzi i próbuję rozszyfrować, co mówił, to zostaje. I tak całą noc. Musimy też przygotować wszystko, co potrzebne dla porannej zmiany. Na kolejnym dyżurze widzę, jak zmienia się stan pacjentów. Nie wszyscy czują się lepiej, nie wszyscy zostaną z nami do rana…

- Zrobiłem to, by lepiej rozumieć mój zespół, aby poczuć na własnej skórze to, co personel szpitala przeżywa każdego dnia, aby – kiedy wrócę – mam nadzieję – z powrotem na moje „wzgórze dowodzenia” nie pozwolić nikomu, kto ośmieliłby się krzywdzić niesprawiedliwym słowem, jakąkolwiek osobę, niosącą pomoc każdemu człowiekowi. Bo szpital to ludzie – wyjaśnia Robert Surowiec. - My, w Szpitalu odpowiadamy przede wszystkim za czyny, a Was proszę o odpowiedzialność za słowo. Słowa mogą budować mosty, mogą je też palić. Wybierajmy to pierwsze - dodał wiceprezes szpitala.


Podziel się


Komentarze


Imprezy


Pozostałe wiadomości


x