Wszyscy gramy w nowej rzeczywistości

29 września 2020, 10:08, red
Kiedy w marcu tego roku sportowy (i nie tylko) świat zatrzymał się z powodu koronawirusa, nikt nie wiedział czy uda się wrócić do normalności i dokończyć rozpoczęte rozgrywki w poszczególnych dyscyplinach. Potem, gdy wszyscy nieco przyzwyczaili się do nowej sytuacji, głównym pytaniem było – jak będzie wyglądał sport w tych wyjątkowych okolicznościach.

Na szczęście Polska była tym krajem, w którym życie sportowe stosunkowo szybko wracało do normalności (o ile w obecnej dobie epidemii można mówić o normalności). Pierwsi do gry wrócili piłkarze, którzy dograli Ekstraklasę, 1 i 2 ligę do końca. Następnie, po krótkiej przerwie na regeneracje rozpoczęli kolejny sezon. Potem za jazdę wzięli się żużlowcy i już jakoś poszło. Ponownie można cieszyć się poszczególnymi rozgrywkami, wspierać swoją ukochaną drużynę czy nawet udać się do bukmachera i skorzystać z STS kod promocyjny, aby spróbować szczęścia.

Podczas cowidowego zatrzymania wiele działo się w naszym krajowym Speedwayu. Obliczano straty, kłócono się o pieniądze, ale koniec końców rozgrywki ruszyły. Kibice powoli wrócili na trybuny i mogli ekscytować się całkiem przyzwoitymi zawodami. Co prawda już na początku zaczęły się awantury o przygotowania torów, gorąco było w poszczególnych klubach, zwłaszcza w Częstochowie. Najważniejsze jednak, że w zdrowiu udało się dojechać do fazy play-offi i jest to bez wątpienia największy sukces.

Do gry powrócili także koszykarze, siatkarze, piłkarze ręczni czy hokeiści. Tyle, że przygotowania do sezonu przebiegały zupełnie inaczej niż dotychczas. Po pierwsze wiele zależało od profesjonalnego podejścia poszczególnych zawodników. Podczas lock downu mieli oni co prawda dokładnie rozpisane ćwiczenia, ale monitoring ich wysiłku był dosyć ograniczony. Także treningi grupowe musiały przebiegać inaczej niż dotychczas. Najpierw badania, potem gry w zamkniętym gronie, a następnie pojedynki kontrolne, które czasem przerywane były informacjami o zdiagnozowanie choroby w drużynie przeciwnika.

Także zarządzający klubami znaleźli się w nowej rzeczywistości. Kto mógł, oszczędzał na wypłatach zawodników, kalkulowano szacunkowe koszty nadchodzących rozgrywek i liczono dochody z biletów i telewizyjnych transmisji. Tyle, że te szacunki przypominały bardziej wróżenie ze szklanej kuli, niż układanie sensownych biznesplanów. Jakby kłopotów było mało, ze sportu wycofało się sporo mniejszych czy większych sponsorów, co powodowało czasem dziury, a czasem prawdziwe wyrwy w budżetach. Flagowym przykładem był news o wycofaniu się firmy Vive z finansowania kieleckiego klubu – chluby i wizytówki polskiego szczypiorniaka na arenie międzynarodowej. Koniec końców Vive nadal widnieje w nazwie, natomiast wycofano się ze współpracy z PGE na rzecz browarów firmy Van Pur. Wielokrotni Mistrzowie Polski występują teraz pod oryginalną nazwą Łomża Vive Kielce. Najważniejsze jednak, że udało się zatrzymać większość zawodników.

Epidemia epidemią, a wszystko i tak kończy się na pieniądzach. Lock down pokazał jak na dłoni słabe podstawy finansowe kilku klubów, które już po 2-3 tygodniach ogłaszały swój upadek i zwracały się do kibiców o wsparcie. Apelowano także o obniżenie wynagrodzeń lub zupełne ich zamrożenie. W wielu gabinetach dochodziło do nerwowych rozmów i długich negocjacji pomiędzy prezesami, a poszczególnymi zawodnikami (zwłaszcza tymi, z najwyższymi kontraktami). Covid okazywał się także świetną wymówką, do pozbycia się niewygodnych nazwisk z listy płac.

Miejmy nadzieję, że najgorsze za nami, a przed nami już jedynie sportowe emocje.


Podziel się


Komentarze


Imprezy


Pozostałe wiadomości


x