Drugie dno ptasiej grypy

23 grudnia 2016, 20:34, Marcin Kluwak
Teraz już nie toczy się wojna o to, żeby uchronić gospodarstwa, czy też hodowle przed ptasią grypą. Teraz toczy się walka o to, aby ta ptasia grypa była, bo tu chodzi o miliony. Często o dorobek całego życia.

Jeszcze kilkanaście dni temu wszyscy bronili się przed ptasią grypą. Gdy w Płonicy, przy jednej z farm pojawił się policyjny patrol – co oznaczało kwarantannę i nasz portal jako pierwszy o tym doniósł – podniosło się wielkie larum. Nasz dyżurny numer telefonu grzał się do czerwoności. Właściciele ferm grozili pozwem zbiorowym. Twierdzili, że nie wszyscy są tacy i że pisząc takie rzeczy, działamy na ich szkodę.

Nie minęło kilka lub kilkanaście dni, a wszystkie farmy wokół Deszczna, czy Glinika zaczęły padać jak przysłowiowe kawki (choć pewnie mniej przysłowiowe kaczki byłyby bardziej na miejscu). Czwarte, piąte czy szóste ognisko? Kto to zliczy? Media już się przestały tematem interesować, bo ile można pisać, mówić o matach dezynfekujących, czy wywożeniu czterdziestej piątej ciężarówki z padłymi zwierzętami? Kogo w końcu interesuje, że w imieniu "wyższej konieczności" traktuje się gazem tysiące żyjących istot, które co prawda miały kiedyś trafić na nasz stół, ale teraz trafią do utylizacji, bo ktoś "podrzucił" im wirusa?

Cisza jak makiem zasiał, bo im mniej się mówi – tym lepiej. Wojewoda po zlokalizowaniu i zlikwidowaniu pierwszego ogniska ptasiej grypy w Deszcznie mówił, że sytuacja jest opanowana i wszystko jest pod kontrolą. Dokładnie te same słowa usłyszeli dziennikarze na konferencji wojewody z głównym lekarzem weterynarii. Też miało być wszystko pod kontrolą. To chyba jednak propaganda rodem z PRL-u, bo sprawy wymknęły się spod kontroli – przynajmniej wojewodzie. I wszyscy tę propagandę przyjęli jako jedyną słuszną i prawdziwą. Propaństwowe lokalne media – typu TVP3 Gorzów i Radio Zachód/Gorzów odgwizdały sukces służb wojewody. Nic bardziej mylnego.

Zupełnie nic nie daje ustawianie kolejnych mat dezynfekujących, nic też nie dają wprowadzone na każdej fermie zasady bioasekuracji. Dziwnym trafem drób znajdujący się we wszystkich fermach będących w tak zwanej strefie zapowietrzonej, czyli znajdujące się w promieniu trzech kilometrów od pierwszych ognisk nagle zaczyna chorować! Co prawda – jak mówił wspomniany wcześniej wojewoda – ten szczep wirusa jest bardzo zjadliwy, ale na litość boską - sam nie wydostanie się z zabezpieczonego, pilnowanego przez policyjne radiowozy kurnika!

Stare jak świat powiedzenie: „jeżeli nie wiadomo o co chodzi – chodzi zapewne o pieniądze” - sprawdza się w tym przypadku idealnie. Jeszcze kilka dni temu jeden z naszych czytelników stwierdził, że sprawa ta ma drugie dno. I to jest właśnie to drugie dno, o którym nikt głośno nie powie. Co więcej – jeżeli ktoś odważy się powiedzieć, lub napisać prawdę – zostanie przez hodowców podany do sądu – tak jak nam grożono.

Nie mówimy, że tak robią wszyscy, ale gra toczy się tu o grube miliony. Niejednokrotnie o dorobek całego życia. „Posiadanie” u siebie ptasiej grypy to dla wielu kwestia być albo nie być. 70 milionów złotych – tyle miała nas, wszystkich – podatników – miała kosztować akcja o nazwie „ptasia grypa”. Miała, bo to były wyliczenia przy konieczności wybicia 500 tysięcy sztuk drobiu. Te liczby jednak rosną, bo dziś (23 grudnia) zdiagnozowano kolejne ognisko tej choroby – tym razem w jednym z największych gospodarstw w Borku.

Skąd więc w kolejnym, siódmym czy ósmym gospodarstwie pojawił się wirus? Może to zmasowany atak dzikiego ptactwa z pobliskiego Parku Narodowego Ujście Warty? Zarażone w innych krajach gęsi, żurawie i kaczki srają prosto do kurnika z perfekcyjną dokładnością i wybierają tylko te miejsca, gdzie znajdują się duże hodowle! Ktoś wierzy w te bajki? Tak – są święta i może cuda się zdarzają, ale nie tym razem!


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże