Rzucał w nią tłuczkiem. Ona zabiła go nożem. Cała prawda o zabójstwie Edwarda Jancarza

18 lutego 2015, 13:58, mk
Przez wiele lat wokół śmierci najbardziej popularnego gorzowskiego żużlowca powstało wiele mitów i legend. Napisano też wiele artykułów, często opartych na zasłyszanych plotkach czy emocjonalnie zaangażowanych w te wydarzenia kibiców. Jak było naprawdę? Co wydarzyło się w wilii przy Chodkiewicza? Byliśmy w sądzie i czytaliśmy akta sprawy. O tym co w nich znaleźliśmy poniżej…

Czytając i porównując wszystkie dotychczasowe artykuły na temat śmierci Jancarza (oczywiście te dostępne w internecie), możemy mieć naprawdę różny obraz zdarzenia do jakiego doszło w styczniową noc 1992 roku. Gdy zagłębimy się w fora i komentarze czytelników (chociażby na stronie eurosport.onet.pl) aż włos się jeży na głowie. Dokładnie taką samą reakcję wywołał nasz artykuł pt. „Ofiara czy kat? Jak to było z Katarzyną Jancarz”, który został opublikowany na portalu gorzowianin.com dokładnie 10 stycznia 2015 roku. Internauci, znawcy tematu, przy użyciu wyjątkowo niecenzuralnych słów w jednoznaczny sposób oceniali pracę naszej redakcji. Były też groźby i wyzwiska. Wszytko dlatego, że poruszyliśmy temat patrona gorzowskiego stadionu żużlowego. Dla niektórych ikony, wręcz świętości. Aby nie być posądzonym o stronniczość i przepisywanie niesprawdzonych informacji z innych artykułów nasza redakcja wystąpiła z oficjalnym pismem do Sądu Rejonowego w Gorzowie z prośbą o dostęp do akt sprawy 2K/41/92.

Całe zdarzenie zostało „zamknięte” w jednej teczce. Druga dotyczyła już wykonania wyroku na sprawczyni. Prowadzone w 1992 roku śledztwo było drobiazgowe. Każdy protokół przesłuchania pisany był odręcznie, bardzo niewyraźnym charakterem pisma. Później słowa każdego świadka przepisywane były na maszynie, a przed sądem znów po raz kolejny odczytywane były zeznania i wpisywane do akt. Powoływano wielu biegłych, sporządzono mnóstwo opinii.

11 stycznia 1992

Katarzyna Jancarz w 1992 roku pracowała w gorzowskim oddziale ZUS-u, jako sekretarka. Jak wynikało z zeznań świadków, pracę tę załatwił sam Edek. Było to po zamknięciu sklepiku z gastronomią, który nie przynosił spodziewanych dochodów. Wcześniej Edward wyrwał Katarzynę ze szponów show-biznesu. Gdy się poznali, była tancerką – striptizerką w zielonogórskiej Estradzie. Miała syna, lecz ze względu na charakter wykonywanej przez nią pracy, sąd w 1986 roku odebrał jej prawa rodzicielskie. Nie chciała zrezygnować z tej posady, gdyż jak sama twierdziła, przynosiła jej wówczas „znaczne dochody finansowe”. Praca w ZUS-ie była więc całkowitym oderwaniem od rzeczywistości. Miała dać jej stabilizację.

Krytycznego dnia (11 stycznia 1992) Katarzyna, żona żużlowca wróciła do domu później, bo jak sama twierdziła - musiała nadrobić zaległości. Udała się do sąsiadki, aby przegrać kasetę wideo i około godz. 20 zjawiła się w domu. Jak zeznawał podczas procesu lekarz pogotowia, z którym Katarzyna rozmawiała tuż po zabójstwie, w pierwszej wersji wydarzeń K.J. mówiła o nieznanym osobniku, który pojawił się w domu wraz z pijanym Jancarzem. Obaj panowie poszli na górę, po czym Katarzyna usłyszała rumor i po chwili zobaczyła zbiegającego z góry mężczyznę. Lekarz zeznawał, że Katarzyna miała pójść na górę i znaleźć tam leżącego w łazience, zakrwawionego męża. Jak wynika z dalszego śledztwa, zgadzało się tylko jedno. Pogotowie ratunkowe faktycznie znalazło Jancarza klęczącego przy bidecie, z głową zwieszoną do muszli. Później, w czasie kolejnych przesłuchań, Katarzyna zmieniła zeznania.

- Mąż wrócił do domu około 20, w towarzystwie nieznanego mężczyzny. Ponieważ oboje byli mocno pijani, postanowiłam wyprosić go z domu. Z tego powodu doszło między nami do awantury, w trakcie której mąż ubliżał mi, a nawet twierdził, że mnie udusi – relacjonowała zabójczyni. Następnie Katarzyna pobiegła na parter do kuchni po nóż. Miał on 33 centymetry długości. Ostrze miało centymetrów dwadzieścia. Według jej dalszych zeznań, Jancarz groził jej wielokrotnie śmiercią. – Mąż wyzywał mnie i używał wulgaryzmów. Krzyczał że mnie zabije, chwytał mnie za ręce i szarpał. Potem wciągnął mnie do sypialni. W tym momencie, jakby odruchowo, broniąc się, uderzyłam go nożem, który trzymałam w prawej ręce i wybiegłam z pokoju – zeznawała przed sądem Katarzyna. Po kilku sekundach widzi Jancarza, który udaje się w kierunku łazienki. Zauważa, że mocno krwawi. Podaje mu ręcznik i biegnie na pogotowie, bo telefon był nieczynny od kilku tygodni.

Wykrwawił się na śmierć

Wszystko to dzieje się między godz. 20 a 20.20. W karcie informacyjnej podpisanej przez obecnego dyrektora gorzowskiego pogotowia, a wówczas lekarza drugiej karetki widnieje godzina 20.27. Zgon nastąpił przed przybyciem lekarza. Wcześniej na miejscu zjawia się inny lekarz, który próbuje uratować życie żużlowca. Sanitariusze wyciągają go z łazienki, kładą na ziemi. Trwa reanimacja. Bezskutecznie. Edward już nie żył. Stracił zbyt wiele krwi, bo żona lekkim ciosem przecięła mu tętnicę pachwinową. W protokole z sekcji zwłok żużlowca możemy przeczytać, że przyczyną śmierci było wykrwawienie się z tejże właśnie tętnicy. Jancarz miał dwie rany: rana cięta przedniej powierzchni barku lewego o długości 30 mm oraz rana cięta w IV międzyżebrzu o długości 14 mm. Pierwsza rana spowodowała to, że Jancarz się wykrwawił na zewnątrz. Drugi cios uszkodził tętniczkę międzyżebrową i krew strumieniem lała się do płuc. Nie miał najmniejszych szans na przeżycie, mimo iż teoretycznie rany były powierzchowne, a ciosy zadawane nadzwyczaj lekko. Katarzyna trafiła jednak w zbyt niebezpieczne miejsca.

Inne badania wskazują na to, że żużlowiec w chwili śmierci miał ponad 3.5 promila alkoholu we krwi. Był więc kompletnie pijany. Według specjalistów, takie stężenie wywołuje spadek ciśnienia krwi, osłabienie lub zanik odruchów fizjologicznych oraz głębokie zaburzenia świadomości. Czy więc żużlowiec wiedział co się działo i do czego doprowadziła awantura? Raczej nie.

Tasak i nóż w torebce

W czasie procesu, który toczył się przed Sądem Wojewódzkim w Gorzowie przesłuchiwano wielu świadków - sąsiadów, współpracowników, kolegów Jancarza oraz rodzinę Katarzyny i Edwarda. Matka żużlowca, mimo zaawansowanego wieku występowała też w tej sprawie jako oskarżyciel posiłkowy. - Syn bardzo przeżył rozwód ze swoją pierwsza żoną. Mówił nawet, że chciał odebrać sobie życie – czytamy w aktach. - Od momentu wprowadzenia się do domu przy Chodkiewicza Katarzyny, do domu przychodziło wiele osób – znajomych Edwarda i jej. Trwało to kilka miesięcy. Wspólnie były urządzane libacje alkoholowe. W końcu miałam tego dosyć i wyprowadziłam się. Odradzałam synowi ten związek – tłumaczyła przed sądem matka żużlowca. Jancarz pokazywał kiedyś swojej matce, co jego żona nosi w torebce. - Podczas jednej z wizyt, gdy syn szukał papierosów, otworzył torebkę żony i znalazł w niej nóż kuchenny oraz tasak. Powiedział wówczas: „Niech mama zobaczy, co moja żona nosi w torebce.” - zeznaje. Matka ostatni raz widziała swojego syna żywego 5 stycznia. - Przyszedł do mnie jak zwykle głodny. Nakarmiłam go i poszedł do domu – tłumaczyła podczas rozprawy.

Wściekłość w oczach

Przed sądem zeznawali też znajomi Jancarza, którzy byli niejednokrotnie gośćmi w wilii przy ulicy Chodkiewicza. Jeden z nich, Henryk P. opowiadał, że jesienią 1991 roku, gdy rano przyszedł do domu żużlowca, zjawiła się też w nim Katarzyna. Była pijana, wraz z koleżanką wróciły z nocnej imprezy. Edek miał wówczas wyrzucić z mieszkania koleżankę żony. - Po tym Katarzyna wszczęła awanturę. Złapała za butelkę syfonu, która stała w kuchni i chciała mnie nim uderzyć. Edek wyrwał jej syfon z ręki – mówił przed sądem Henryk P. To jeszcze nie koniec. Katarzyna podbiega do szafki, bierze nóż i macha nim w kierunku znajomego. - W oczach Katarzyny widziałem agresję i wściekłość. Zrobiłem unik, złapałem za rękę w której trzymała nóż i ją wykręciłem. Wielokrotnie wówczas powtarzała, że załatwi Edka i chata i tak będzie jej – zeznawała Henryk P.

Wyżywał się na ubraniach

Jancarz święty też nie był. Oprócz ciągłego pijaństwa, które było potwierdzone przez zeznania świadków (opisywali ile i z kim pił Edward w wielu gorzowskich „knajpach”), w domu przy ulicy Chodkiewicza dochodziło do wielu awantur. Według zeznań sąsiadów, to właśnie Jancarz, gdy był pijany wyładowywał złość na rzeczach osobistych Katarzyny. - Pokazywała mi porozrywaną odzież. Mówiła, że rozejdzie się z mężem, bo dłużej nie może znieść jego pijaństwa – zeznawała podczas jeden z rozpraw Danuta W., koleżanka z pracy. - Katarzyna nakłaniała swojego męża, aby ten poddał się leczeniu odwykowemu. W 1991 roku trafił na krótko do szpitala. Lecz nie za wiele to dało. Na początku stycznia 1992 roku, Jancarz pił już alkohol codziennie. Był tak pijany, że na czworaka wchodził po schodach do góry – czytamy w zeznaniach koleżanki.

Sama zabójczyni też wielokrotnie mówiła o awanturach wywoływanych przez męża. - Tydzień przed śmiercią, 3 stycznia mąż zepchnął mnie ze schodów. Miałam potłuczoną rękę i przebywałam z tego powodu na zwolnieniu lekarskim – mówiła Katarzyna. W październiku 1991 roku Jancarz będąc pod wpływem alkoholu rozbił drzwi do sypialni. - Wezwałam wówczas policję, która zabrała go na Izbę Wytrzeźwień. Groził, że mnie zabije, także przy policjantach, którzy interweniowali u nas w domu – mówiła. Faktycznie, w aktach znajdują się notatki służbowe interweniujących policjantów, a także informacja z Komendy Miejskiej Policji w Gorzowie, z której wynika, ze policja dwukrotnie odwoziła „awanturnika do Izby Wytrzeźwień”. Było to 11 lipca i 29 października 1991 roku. - U nas w domu był taki tłuczek z siekierką. W trakcie wielu awantur mąż rzucał nim we mnie – opowiadała podczas rozprawy oskarżona. Sąsiadka Jancarzów zeznawała, że była świadkiem wielu awantur. - Były tak głośne, że nawet dzieci przechodziły do innego pokoju, aby nie słyszeć wyzwisk i kłótni – mówiła Zofia K. - Wyzwiska były wzajemne, ale prym wiodła Katarzyna – dodaje. - Do mieszkania ciągle dowożono wódkę. Jednego dnia liczyliśmy ile razy taksówka przyjeżdżała z kolnymi butelkami. Jednej niedzieli zdarzyło się, że Katarzyna odbierała wódkę od taksówkarza pięć razy...

"Jancarz - niebezpieczny i nieobliczalny osobnik"

Wyrok zapadł 4 czerwca 1992 roku. Obrońca Katarzyny – adwokat Jerzy Wierchowicz domagał się zmiany kwalifikacji czynu z zabójstwa na działanie w obronie koniecznej. Prokuratura żądała 12 lat pozbawienia wolności. W ostatnich słowach przed usłyszeniem wyroku Katarzyna miała powiedzieć, że nikt nie udzielił jej pomocy, gdy była w trudnej sytuacji i nie miała zamiaru zabić męża. Sąd jednak nie uwierzył w tłumaczenia zabójczyni. Skazał ją na 11 lat więzienia.

W uzasadnieniu, możemy przeczytać, że gdyby oskarżona działa pod wpływem silnego strachu, po prostu nie wchodziłaby do pomieszczenia, w którym był mąż. Motywem działania oskarżonej była złość na męża w związku z nietrzeźwością. Podczas śledztwa, a także procesu - Katarzyna przebywała w areszcie śledczym w Kamieniu Pomorskim. Stamtąd była dowożona do Gorzowa na każdą rozprawę. Oskarżona, podczas śledztwa wnioskowała też do sądu o zwolnienie jej z aresztu i zmianę środka zapobiegawczego z tymczasowego aresztowania na dozór policyjny. Argumentowała to tym, że źle czuje się w zakładzie zamkniętym. Sąd nie przychylił się do jej prośby. Niewiele wniosła też rewizja do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. Adwokat skazanej mówił wówczas o olbrzymim, nieszczęśliwym zbiegu okoliczności. Według niego, oskarżona kierując nóż w okolice ciała męża nie mogła przypuszczać, że trafi w tak wrażliwe miejsce. Dodatkowo, ciosy nie były zadane z dużą siłą – czytamy w wniosku o apelację złożonego przez adwokata Jerzego Wierchowicza. - Edward Jancarz chwycił żonę za rękę, a drugą zamachnął się na nią, chcąc ją uderzyć. Był to ewidentny akt agresji. Czyż wtedy jej działanie, polegające na uderzeniu nożem nie było działaniem obronnym atakowanej kobiety przez pijanego , a tym samym nieobliczalnego i niebezpiecznego osobnika? - pytał adwokat.

29 września 1992 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu obniżył karę z 11 do 9 lat pozbawienia wolności. Sąd uznał, że wymierzona wcześniej kara, która co prawda mieści się w granicach ustawowego zagrożenia, jednak nie uwzględnia w sposób właściwy zarówno okoliczności popełnienia przestępstwa, jak i osobowości sprawcy, stając się karą niesprawiedliwą.

Prosiła o łaskę

12 listopada wyrok się uprawomocnił i Katarzyna trafiła do Zakładu Karnego w Krzywańcu. Tam, jeszcze w 1995 roku, za pośrednictwem kancelarii adwokackiej z Poznania, skazana zwróciła się do Prezydenta RP z prośbą o... ułaskawienie. Wniosek najpierw trafił do Sądu Wojewódzkiego w Gorzowie. W uzasadnieniu czytamy, że skazana zachowuje się poprawnie, ponadto na wolności pozostawał jej syn, z którym nawiązała silną więź emocjonalną. Sąd Wojewódzki w Gorzowie, postanowieniem z dnia 20 listopada 1995 roku pozostawił wniosek skazanej bez dalszego biegu. Nie było bowiem okoliczności uzasadniających zastosowanie prawa łaski.

2 sierpnia 1996 roku, po 4 latach, 6 miesiącach i 22 dniach od zabójstwa zabójczyni Edwarda Jancarza opuszcza zakład karny. Według pracowników Służby Więziennej, proces resocjalizacji przebiegł prawidłowo. K.J. Została zwolniona przedterminowo. Mury więzienia miała opuścić w 2001 roku. Urszula Nowak z Zakładu Karnego w Krzywańcu napisała w opinii, że skazana lubiła manifestować swoją wyższość intelektualną, finansową i różnice kulturowe, co często było przyczyną konfliktów. Osadzona była w małym oddziale, w celu odizolowania od agresji skazanych. Miała tendencje do manipulowania innymi. Jest to jednostka o silnej potrzebie dominacji...

Swoją karę jednak odsiedziała i jest teraz wolnym człowiekiem.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości


x