Samorządowcy, przestańcie się nad sobą użalać!

26 stycznia 2019, 21:12, Robert Bagiński
Doniesienia na temat gróźb karalnych względem włodarzy polskich miast najczęściej przebijają się do przestrzeni publicznej, ale groźby i „subtelności” tych samych względem przedstawicieli prasy lokalnej, to już tylko tajemnica poliszynela.

Czuję się w obowiązku spuścić trochę powietrza z balonów patosu, które po tragicznych wydarzeniach w Gdańsku, napompowali wokół siebie samorządowcy. Twierdzenie, że z powodu swojej pracy są jakoś szczególnie zagrożeni jest mocno przesadzone. Potrafię bić się we własne piersi za przesadzone komentarze i uwagi, ale też byłem prawdziwą, a nie wyimaginowaną, ofiarą przemocy za formułowane publicznie opinie. Dość przypomnieć, że skończyło się trzymiesięczną ochroną policyjną przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a w aktach sprawy przewijał się wójt, radny oraz przedsiębiorca.

W ostatnich dniach pojawiło się wiele diagnoz i opinii, na temat tego, kto jest winny werbalnej brutalizacji życia publicznego. W roli ofiar obsadzeni zostali prezydenci, burmistrzowie i wójtowie, a na pozycji podżegaczy umiejscowiono między innymi dziennikarzy.

Jakoś zapomniano o tym, że w starciu z lokalną władzą, to właśnie ludzie mediów są najczęściej ofiarami. Trudno dobrać się do skóry warszawskiej gwieździe TVN-u, „Rzeczpospolitej” lub Radia RMF, ale jest to komicznie proste w odniesieniu do dziennikarza w Gorzowie, Zielonej Górze, Słubicach lub Żarach. Wielu już się o tym przekonało, inni to przeżywają, a innych to czeka, gdy odważą się wyjść poza niepisany kanon tego, co i kogo w danej gminie krytykować można, a kogo nie można. Wachlarz samorządowych kar jest szeroki – od pomijania przy zlecaniu płatnych ogłoszeń, przez blokowanie dostępu do informacji, a na stygmatyzowaniu, bezpośrednich naciskach na szefów oraz potencjalnych reklamodawców, kończąc.

Chamski i godzien potępienia napis na ulicy: „Tyszkiewicz będziesz następny” jest zdecydowanie mniej groźny dla społeczeństwa, a nawet tego najwybitniejszego samorządowca w Lubuskiem, niż ciche zwalczanie lokalnych redakcji lub personalnie dziennikarzy. Te ostatnie nie odbywa się najczęściej w sposób oficjalny, ale zawoalowany, co dla wcale nie tak licznych reklamodaców zawsze jest czytelne. Inną sprawą jest agresja prawna względem mediów lokalnych. Redakcje krajowe mają za sobą profesjonalne zaplecze prawne. Dziennikarze portali internetowych oraz wydawcy gazet gminnych, pozostają najczęściej sami.

Trzeba solidaryzować się z sędziami, bo to ostatni bufor chroniący społeczeństwo przed władzą, ale trudno zapomnieć wyroki w których sędziowie skazywali dziennikarzy i nie zawsze należały one do kategorii sprawiedliwych, a jedynie miłych tej lub tamtej władzy. Żenuje lizusostwo, brak zasad i charakteru, a także niski poziom regionalnych mediów publicznych oraz polityczne zaangażowanie jej radiowych dziennikarzy nad Wartą i w Winnym Grodzie, ale przecież już dzisiaj wiadomo, że po zmianie władzy to oni będą ofiarami. „Państwo w radiu, , będziecie niektórzy musieli wyprowadzić się niedługo z województwa” – straszył kilka miesiecy temu lubuskich dziennikarzy jeden z polityków Platformy Obywatelskiej.

W czasach, gdy ponad połowa tekstów w głównych mediach ma swój poczętek w biurach prasowych lubuskich urzędów, niezależni i odważni dziennikarze są na wagę złota. Hejterów przekraczających granice trzeba ścigać i karać, ale krzyk włodarzy przeciw krytycznym względem nich internautom, to w rzeczywistości rozpaczliwa próba powstrzymania piątej władzy. Ta ostatnia jest dobra, gdy „lajkuje”, ale zaczyna włodarzom uwierać, gdy krytykuje. Trochę ich rozumiem, tak jak trudno mi zgodzić się z faktem, że analfabeci krytykują znanych publicystów, estetyczni daltoniści narzekają na znanych artystów, a mechanicy po zawodówce wymądrzają się o dziełach inżynierów. Tak samo w samorządzie - z gminnych bogów robią spluwaczki, co nie jest ani miłe, ani przyjemne.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże


x