Świąteczne rozważania Roberta Bagińskiego

23 grudnia 2018, 23:02, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
O czym innym miałem pisać, ale czas jest prawie świąteczny i refleksje ponadpolityczne stają się nieuniknione. Cały Facebook i Instagram, naszpikowane są słodyczą, miłością i krzątaniną wokół tego, aby było fajnie.

Wszyscy grają role napisane przez popkulturę i nikt nie stwarza nawet pozorów, że lepiej by było szczerze, niż fajnie. Na próżno szukać luster, by ujrzeć tam swój stosunek do rodziców, rodzeństwa, ukochanego, znajomych i podwładnych, bo blask świątecznych lampek jest tak duży, że oświetla tylko nasze ego. Wszystkie te, pożal się Boże szczere, wpisy tysięcy ludzi, tworzone są dwa razy w roku: na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Jakby dawanie sobie prezentów i zapraszanie najbliższych, miało się odbywać tylko w te dwa zakłamane dni, a potem: hulaj dusza, piekła nie ma. Tak wiem, tradycja, ale oczojebnie widać, że – przepraszam zwierzęta – zeszliśmy na psy. Uśmiech serdeczności został zastąpiony uśmiechem jadowitym, a radość świętowania, satysfakcją z kupowania.

Żyjemy w pysznych czasach, ale skarleliśmy. Skłonność do samookłamywania się w imię zrobienia świąt na wypasie, aby dobrze wypaść przed rodziną, zabiła prawdziwe emocje i radość. „Bo trzeba pokazać dzieciom” – mówią niektórzy. I słusznie. Trzeba dawać przykład, ale codziennie, a nie tylko w ten jeden dzień lub dwa. W tym przypadku lekarstwo może się okazać gorsze od choroby. Gdy dzieci na co dzień widzą, że mama z wujkiem mają się jak Australijczyk z Aborygenem, a w Wigilię „kleją głupa”, by się nie pogodzić, to nie jest to edukacyjne. Wykonywany przez nich szpagat, to propozycja z gatunku kabaretu. Wspólnym posiłkiem przy wigilijnym stole i zabawą dzieci, oswajają rzeczywistość, by po świętach, zza pudru i fasady górę wzięła codzienność: „Daj już spokój z tym wujem, był na święta”..

„Jest taki dzień, tylko jeden w każdym roku” – to znamy wszyscy. Ale tak nie jest nawet w ten jeden dzień. Wszystko prezentuje się tak, jakby codzienność potrzebowała dodatkowego zasilania. Łaziłem ostatnio sporo po sklepach, ale nie zauważyłem, by olewani na parkingach bezdomni, mieli szansę na miejsce przy stole, gdzie podobno wszyscy na nich czekają. Szkopuł w tym, że w cyrk, jaki odbywa się wokół pustego miejsca przy stole, nie wierzą nawet dzieci. Zdecydowana większość bardziej wierzy w Mikołaja, niż w to, że rodzice wpuszczą do domu bezdomnego. Bo to racja, szybciej przemówi do nas czworonóg, niż wędrowca posadzimy przy wigilijnym stole. I jeszcze ta wizyta w kościele. Tu, parafrazując pisarkę Gretkowską, tym razem bez dzieci, bo wiadomo duchowni nie aniołowie, a słowa: „I nie wódź nas na pokuszenie”, w tym kontekście nabierają znaczenia szczególnego. Musi im wystarczyć figurka ze stajenki.

Święta to czas miłości. Onegdaj, podobne konstatacje robiły na mnie wrażenie, dzisiaj ledwo, ledwo. Z tym „robiły”, to również spora przesada, bo kiedy człowiek czuje się „robiony”, na przykład w przysłowiowego balona, na nic szczególnego nie czeka. Na przykład, na atencję osób fajnie piszących landrynkowe teksty, które nijak się mają do tego, jak same postępują. Znacie to? Musicie. Nie, żebym był emocjonalnym ekstremistą, czekającym na miłosną bombę, romantykiem może trochę, ale irytująca jest werbalno-emocjonalna biegunka ludzi, którzy epatują serduszkami, a sami nie radzą sobie z emocjami. Werbalnie wspinają się na uczuciowy Mount Everest, choć drepczą zaledwie po pagórkach. Czekanów używają, ale tylko do niszczenia luster, w których mogliby zobaczyć swoje oblicze. Ale nie chcą, bo do twarzy im ze światełkami, choinką i całą tą atmosferą.

Oto, czego nikt nie chce powiedzieć: za dużo w te święta udajemy, zapominając o codzienności. Tak, dobrze przeczytaliście, to nie błąd pisarski. Może ów gorycz przypomina komuś skąpca Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” albo szukanie pyłku na pięknej świątecznej powierzchni, ale jedno jest pewne – nie poleruję w ten sposób samego siebie. Jestem, jaki jestem, z wadami i sporą ilością popełnionych błędów. Ktoś musi bić na alarm i wprowadzać trochę intelektualnego fermentu, nawet przed świętami i wiedząc, że trzęsąc drzewem prawdy, będą na niego spadały owoce krytyki. Nie szukam publicystycznego efektu „Wow”, wiedząc, że hipokryzja jest przyprawą życia, a dla większości, sensem życia jest bycie „cool”. Nie mają czasu dla kogoś bliskiego, bo po treningu muszą wrzucić fotkę na Instagrama, a jeżdżąc na rowerze zarejestrować swoje wrażenia. Zamiast życzeń, naklejka na messengerze albo masowo wysłany SMS ze ściągniętym wierszykiem. Relacje, jak znalazł.

Snując te przedświąteczne rozważania, nie sposób zapomnieć o pozytywach. W ferworze świątecznego marudzenia nie mogą mi umknąć rzeczy wspaniałe, a jedna szczególnie. Powyższa narracja autora okazuje się funta kłaków warta wobec tego, że przez zaledwie kilka dni, Gorzowianie zebrali dla chorej Kornelii blisko 900 tysięcy złotych, dając jej tym samym szansę na życie. I dla takich chwil warto żyć, bo okazuje się, że świąteczne rozważania publicysty to jedno, takie jego zbójeckie prawo, a dobroć pojedynczych ludzi, to drugie.

A poza tym, życzę wszystkim Czytelnikom zdrowych i wesołych świąt. Szczerze, nawet tym, którzy za moimi tekstami nie przepadają.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Imprezy


Pozostałe wiadomości


x