Nowa Rada Miasta. Czy będzie lepsza?

18 listopada 2018, 17:13, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Wyborców zalewa krew nie wtedy, gdy radni mają inne opinie i zdanie na jakiś temat, albo robią coś kontrowersyjnego, ale w sytuacji, gdy nie mają zdania w żadnej sprawie i nie robią dosłownie nic.

Już za chwilę odbędzie się posiedzenie Rady Miejskiej w nowym składzie i z nowym przewodniczącym, którym najpewniej zostanie Jan Kaczanowski. Nie oceniam, dając każdemu „carte blanche”. Nowi rajcy czasu na naukę nie mają wiele. Woda, do której weszli jest głęboka i często mętna. Plan budżetu, nie wyłączając z tego zaciągniętego w ostatniej chwili kredytu, już gotowy. Ta kadencja będzie specyficzna z wielu powodów. Pierwszy, który ochłodzi głowy, to czas. Wydłużenie kadencji do pięciu lat to dobry pomysł, bo można zaplanować i zrealizować, bez radosnego rzucania się w wir „polki galopki”. Można też pod dietę zaciągnąć pięcioletni kredyt i wymienić samochód – bądź co bądź 85 tysięcy to dla niektórych góra pieniędzy.

Szkopuł w tym, że samorządowcy są zakładnikami swoich słów. Wyborcy nie mają szczególnej pamięci, ale w ciemię bici też nie są i z zaciągniętego w kampanii wyborczej kredytu mogą rozliczyć. Bynajmniej, nie mam na myśli kredytów zaciąganych przez Ratusz, ale fontannę frywolnych obietnic: asfaltowa droga i chodnik pod każdą posesję, plac zabaw pod każdym blokiem, ścieżki rowerowe szersze niż Trasa Średnicowa i miasto oświetlone w taki sposób, by widział je Mistrz Twardowski z Księżyca. W samorządzie trzeba być asertywnym i umieć powiedzieć „nie”. Na przykład, gdy okaże się, że liczba placów zabaw jest na jakimś osiedlu niedorzeczna lub na rajcowski dyżur przyjdzie człowiek dotknięty szaleństwem, lub nienawiścią do sąsiada.

Zapytałem kilku znajomych samorządowców, jaka to będzie kadencja Rady Miasta. Większość przez aklamację uznała, że ta poprzednia była najgorsza z najgorszych, a ta druga wcale nie musi być lepsza. Czyli jak w anegdocie o pesymiście i optymiście. Pesymista: „Gorzej już być nie może”, na co optymista: „Oj, może, może”. Inna sprawa, że większość mówi o laniu betonu i układaniu płytek polbrukowych, co jest ważne, ale brak w tym wszystkim jakiegoś dalekosiężnego zamysłu i wizji, co później. Nieśmiało narzucałem – a uciekająca z miasta młodzież? Mam córkę, która kończy liceum w Poznaniu i ani myśli o powrocie do miasta nad Wartą. A szkolnictwo zawodowe? Przecież to nie Akademia Gorzowska, ale Centrum Edukacji i Biznesu jest jedyną i ostatnią nadzieją dla miasta. Co z prawdziwą promocją walorów naszego grodu w Niemczech? Mamy przecież komfortowe położenie, którego nie wykorzystujemy, bo nie mamy nawet jednego folderu w języku niemieckim. I tak dalej, i tak dalej.

Nie bardzo wiadomo, kto miałby mówić o Gorzowie przyszłości, skoro w Radzie Miasta jest zaledwie kilka osób, które kiedykolwiek czymś zarządzały lub zarabiały na życie prowadząc prawdziwą działalność gospodarczą, a nie jedynie wystawiając faktury biurom poselskim lub żyjąc z budżetówki. Owszem, nie każdy musi być biznesmenem i nie każdy musi być wizjonerem, ale warto, aby był „jakiś” i nie miał mózgu wyleasingowanego dla partii, komitetu wyborczego lub koterii. Nie musimy się z radnymi zgadzać, słusznie ich pochwalimy lub niesłusznie skrytykujemy, ale chcemy, aby mieli własne zdanie i horyzonty myślowe, które wykraczają poza budowę chodnika. Dlaczego szanujemy Jerzego Synowca, Grażynę Wojciechowską, czy Martę Bejnar-Bejnarowicz, mimo iż wszyscy pochodzą z różnych planet? Bo im się chce, angażują w to swój czas i prywatne pieniądze, a przede wszystkim są „jacyś” – mają poglądy i opinie, doświadczenie oraz potrafią powiedzieć środowisku „nie”.

Drodzy Radni, tak na rozgrzewkę i na trzy dni przed nową kadencją: wszystkiego najlepszego.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże