Głód zmian w Gorzowie jest duży, ale cwaniacy silniejsi

11 września 2018, 22:02, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Wyborcza gra ma swoje żelazne reguły: okładamy się w kampanii, udajemy, iż ostatnich czterech lat i więcej nie było, a po wyborach jakoś się poukładamy. Gorzów, jak wiele innych miast, trawią kliki, które swoją bezrefleksyjną pazernością, blokują rozwój.

Dla jasności ten stan nie powstał wraz z nastaniem prezydenta Wójcickiego, ale istnieje od bardzo dawna, i nie oszczędza żadnego z obszarów życia: od sportu, przez publiczne przetargi i zlecenia na usługi zewnętrzne, a na dziwnych nominacjach kończąc. Kiedyś to irytowało, niektórych nawet bulwersowało, ale dzisiaj już nawet nie dziwi. Wszystko dlatego, że w mieście nad Wartą każdy od kogoś zależy, a jak nie bezpośrednio on, to żona, mąż, dzieci lub kuzynka. Lata temu, chodziło o etaty w Ratuszu, dzisiaj co najwyżej w miejskich spółkach, bo do urzędu idą tylko słabi dziennikarze, ludzie bez ambicji, lub z IQ poniżej przeciętnej. Gdyby nie ci ze sporym stażem, którzy zatrudnienie dostali wiele lat temu, urzędnikami byłyby same miernoty.

Problemem są bowiem lokalne elity, a przynajmniej ich większość. Zaślepieni obłędem mali ludzie: wielu radnych, działacze, przedsiębiorcy śniący o wpływach, władzy i kasie, zdolni są do wszystkiego. Wbrew pozorom, im niżej i dalej od Warszawy, ot w takim Gorzowie, i centralnych mediów - gdzie połowa redakcji wisi na pasku polityków, tym działań podłych, głupich oraz cynicznych, w kampaniach jest więcej. Ci, których na co dzień nie widzimy, bo oni w mediach nie występują, walczą o wpływy na „żerowiskach”. Wyborcy głosują na pięknie prezentujących się kandydatów, a ci po udanej elekcji meldują się u swoich decydentów.

Również dzisiaj, na ponad miesiąc przed wyborami, głód zmian w Gorzowie jest duży, ale wśród zwykłych mieszkańców, nie dość silny, aby odspawać od stołków wiecznych radnych, cynicznych działaczy, osoby blokujące rzeczy nowe i dobre, a także żerujących w tej „mętnej wodzie” cwaniaków z biznesu. Interesowność i nieliczenie się z interesem publicznym to główne choroby trawiące tutejsze elity. Co gorsza, te choroby stały się powszechnie obowiązującą religią, a jej wyznawcy ze świata polityki, biznesu, a nawet kultury i sportu, nie uznają żadnych świętości.

Najlepszym przykładem jest sprawa karnetów do żużlowej strefy VIP dla radnych, jawne złodziejstwo w „Stilonie”, dziwny zakup „Przemysłówki”, o którym krążą już legendy, jeszcze dziwniejsze rozstrzygnięcia przetargów na bezpłatne usługi prawne, czy remonty dróg, gdzie cena ze zwykłej jest windowana do niebotycznej, by później zatrzymać się na godnej dla „przyjaciela króliczka”. Stosunek lokalnych elit do interesu miasta przypomina piramidę zatopioną pod wodą pełną szumowin: u podstawy ci wszyscy cwaniacy, którym nie jest groźna żadna kampania i żaden wyborczy wynik, bo uważają, iż z każdym się dogadają. Są na szczęście ci, ponad tą mętną wodą, którym z partiami nie po drodze, a potwierdzeń ich bezinteresownej aktywności oraz niezależności, jest bardzo dużo.

Hipotetyczna anegdota z kręgów gorzowskiego biznesu, który swój początek wziął w latach 90. Biznesmen do przedsiębiorcy z żużlowym zacięciem i politycznymi aspiracjami: „Wiesz, jest kilka uczciwych sposobów na zrobienie w Gorzowie interesów”. Ten ostatni na to: „Nie gadaj! Jakie?”. Na co ten pierwszy wybucha śmiechem: „Ha, wiedziałem, że go nie znałeś!”.

Przykładów tej gorzowskiej degrengolady jest więcej: rada nadzorcza dla europosła SLD w Inneko, podobna dla syna radnego z SLD w MZK, czy zbędne etaty PO-wskich „przyjaciół króliczka” w Wydziale Zamiejscowym Urzędu Marszałkowskiego. Zwykło się narzekać, że temu ostatniemu nie przekazano odpowiednich kompetencji. Nikt nie dostrzega, że mieć ich nie może, bo nie mają ich zatrudnieni tam „zawodnicy” z partyjnego nadania. Wnioski? System liczy sobie lata i ma swoich beneficjentów, co daje powody, aby sądzić, że szybko nie zniknie. Wszystko dlatego, że w Gorzowie nigdy nie było wymiany elit, one się tylko przemieszczają – z jednej instytucji do drugiej, ze spółki miejskiej do marszałkowskiej, i odwrotnie. Wybory, to jedyny moment, nad którym elity zapanować nie potrafią. „Smoka pokonać trudno, ale warto próbować” – mawiał klasyk. Warto.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże