Bagietka z zakalcem: Jest kandydatka!

16 sierpnia 2018, 14:42, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Góra urodziła mysz, a mieszkańcy mają prawo czuć się rozczarowani. Ponadpartyjny kandydat miał być nową jakością, a będzie bez jakości. Gdy się zajrzy za kurtynę, można ujrzeć kwintesencję tego, czego miastu nie potrzeba najbardziej.

Dla Marty Bejnar-Bejnarowicz alians z mecenasem Jerzym Synowcem to doskonały interes, i możliwość pławienia się światłem odbitym od kogoś szanowanego w środowiskach, gdzie ona postrzegana jest z przymrużeniem oka. Jej nazwisko, delikatnie rzecz ujmując, nie budzi już społecznej sympatii, a akcje zasłużonego społecznika i prawnika, wciąż są na bardzo wysokim poziomie.

Ruchomiejscy działacze nie mają ani pieniędzy, ani dokonań, ani też świeżych pomysłów. Ich jedyną bronią jest strzelanie z armat do tego, którego cztery lata temu wypromowali. Sama liderka „Kocham Gorzów”, jest potwierdzeniem tego, że w Gorzowie nikt nie szukał kandydata na prezydenta miasta, ale jedynie kandydata na przeciwnika Wójcickiego. Dzięki temu, uda się upodobnić rozpoczynającą się kampanię wyborczą do scen z filmu „Lotna” Andrzeja Wajdy, gdzie wymachujący szabelkami ułani, chcieli pokonać niemieckie czołgi. Nie dziwi, że kandydatem nie chciał być sam Synowiec, ale dziwi to, że pozwolił na zdominowanie komitetu „Kocham Gorzów” przez działaczy Ludzi dla Miasta, samemu nie mogąc nawet wypromować kilku nazwisk. To bystra architekt przejęła inicjatywę i ułożyła listę w taki sposób, aby ludziom rozsądnym nie chciało się na nią głosować.

Ważne więc, by wyjaśnić rzecz podstawową: Wójcicki jest słabym prezydentem, ale w wypowiedzianej mu przez Martę Bejnar-Bejnarowicz wojnie, nigdy nie chodziło o idee i wartości obywatelskie, a tym bardziej o mieszkańców. Liczyły się posady i wpływy. Ataki rozpoczęły się wtedy, gdy z Ratusza wygłoszone zostało mocne „nie”. „Przynieśli mi listę, z których ludźmi miałem zwolnić” – powtórzył kilka razy w mediach prezydent, a sama kandydatka, nigdy się do tego nie odniosła. Milczała, gdy w Ratuszu degradowani lub zwalniani byli fachowcy, tak bardzo dzisiaj potrzebni. To właśnie wtedy, mówiąca jakby w ustach miała ukrytą laskę dynamitu Alina Czyżewska, ogłosiła, że „prezydent zdradził ruchy miejskie”. Reszta jest znana: ataki, agresja, poszukiwanie sposobów, by udowodnić, że Wójcicki to najgorsze zło. Wizerunkowo wyglądało to słabo i między innymi dlatego, ruchy miejskie nad Wartą, już chyba na zawsze, będą się kojarzyły tylko źle. Są tu czymś w rodzaju „ciąż niedonoszonych”, a więc takich, z których miało się narodzić coś pięknego i wspaniałego, a okazały się „Puszką Pandory”.

Tak po prawdzie, to w konstatacjach Bejnar-Bejnarowicz, zawsze było więcej polemicznego charakteru, niż rzeczowej analizy, a tym bardziej wizjonerskich pomysłów. Wśród kandydatów opozycyjnych, tylko Sebastian Pieńkowski, zamiast krytykować i recenzować, próbuje narzucić własną narrację, i przebić się do opinii publicznej z czymś więcej, niż mówieniem: „Nie, bo nie”. I to jest główny problem tej kandydatki, jej niechęć do współpracy z innymi, jej impulsywność oraz zerojedynkowość. To nie jest miejska plotka, ale smutny fakt, a potwierdzeniem tego będą listy wyborcze „Kocham Gorzów” do Rady Miasta. Marta Bejnar-Bejnarowicz, jaką znamy po czterech latach jej samorządowej aktywności, to jedynie wypolerowany kostium ruchomiejskiej aktywistki. Próbuje kołysać gorzowską sceną polityczną przy pomocy interpelacji, patetycznych oświadczeń oraz eventów, ale to wciąż za mało, aby być prezydentem stutysięcznego miasta.

Owszem, opakowana jest przyzwoicie, jako młoda, dynamiczna i zaangażowana w mnóstwo przedsięwzięć, i tak w rzeczywistości jest. Gdy się zajrzy za kreowaną sztuczną kurtynę otwartości na innych, ujrzeć można kwintesencję tego, czego miastu nie potrzeba najbardziej, a co było powodem jej rozwodu z prezydentem Jackiem Wójcickim: emocjonalność, niezdolność do kompromisów, akcyjność, zacietrzewienie oraz działanie pod publiczkę. Żadnych spójnych wizji i chęci budowania ponad podziałami, nic oryginalnego i za dużo „nie swojego”, ale podrzucanego od jakiegoś czasu, przez zainteresowanych posiadaniem w przyszłości wpływów w mieście.

Pewien człowiek w Afryce kupił szlifowaną cyrkonię i dał do weryfikacji jubilerom. Czy byli w stanie określić „na oko”, że to nie diament ? Oczywiście, że nie. Nie inaczej w polityce, a już szczególnie tej lokalnej, gdzie podczepienie się ruchomiejskiej liderki pod szanowanego adwokata, zniekształcają przekaz. Wyborcy okazaliby się ludźmi bez wyobraźni, gdyby uwierzyli, że gorsza i żeńska kopia byłego wójta Deszczna, jest lepsza niż oryginał. Słabość Wójcickiego wzięła się stąd, że całkiem niepotrzebnie w pierwszym roku prezydentury przyjął za swoją, ruchomiejską ideologię. Jeśli to zaważyło na czterech kolejnych latach jego prezydentury, to strach pomyśleć, co by się stało, gdyby miastem rządzili jej twórcy. Dotychczasowi kandydaci nie zachęcają do tego, aby chciało się iść do urn wyborczych. Zabijają nudą i tandetą..


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże