Bagietka z zakalcem: To już jest koniec...

11 sierpnia 2018, 19:11, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Wiara, że w gorzowskiej Radzie Miasta zasiadają najinteligentniejsi nad Wartą, to przejaw wysokiego poziomu naiwności. Dobiegająca końca kadencja tego gremium, była najgorszą ze wszystkich dotychczasowych.

Wystarczy dwóch rąk, aby policzyć radnych, którym chodziło o ważne dla miasta sprawy, i tyleż samo było rajców, którzy rozumieli co się dookoła nich dzieje. Gra od początku do końca kadencji, toczyła się dla nich o 1500 złotych diety, ochronkę przed zwolnieniem z pracy, i wreszcie, w niektórych przypadkach – możliwość robienia „deali”, tak przy okazji, i równolegle, z buzią pełną etycznych frazesów. Gdybym opisał tu tylko 10 procent tych sytuacji, służby różnej maści miałyby zajęcie na przynajmniej rok. Nie chodzi o to, że radni muszą mieć krystaliczne życiorysy, bo takiego nie posiada nawet piszący te słowa, ale ich deklaracje werbalne w mediach, powinny się pokrywać z tym co robią za kulisami. Tymczasem, moralny i merytoryczny kręgosłup miejscowych elit, jest naprawdę marny.

Oczywiście, nie można generalizować. Nie wszyscy radni są tacy sami. Przykład pierwszy z brzegu. Mecenas Jerzy Synowiec zainteresował się „pazaeroctwem” gorzowskich radnych i w trybie dostępu do informacji publicznej, zadał pytania o korzystanie przez nich z karnetów i ulg do Filharmonii Gorzowskiej, a także na Stadion im. Edwarda Jancarza. Pierwsza odpowiedziała: „Z bezpłatnych biletów wstępu na wydarzenia organizowane przez FG korzystała Radna Grażyna Wojciechowska. Inni radni korzystali z zakupu tańszych biletów za 15 zł”. Władze klubu żużlowego, mimo korzystania ze środków publicznych, do udzielenia odpowiedzi się nie poczuły. Jak widać, żenada jest nieodłączną częścią gorzowskiej polityki. Niewielu w niej strategów, intelektualistów, wizjonerów i marszałków, ale całkiem sporo ludzi o naturze i sposobie funkcjonowania nadambitnych sierżantów. Sporo w tym winy tych pierwszych, którzy gorzowskiej polityki próbowali już posmakować, ale tak jak prof. Paweł Leszczyński, a teraz dr Zbigniew Syska, woleli w pewnym momencie dać sobie spokój. Trudno się dziwić, bo gdy mądry staje obok głupców, z łatwością może zostać pomylony. Zwłaszcza na loży VIP na żużlowego stadionu, z czego radni za free korzystają ochoczo, a ich twarze od patrzenia na ładne hostessy i sączenia darmowych drinków, przypominają te z obozu Indian Apaczów.

Do czwartku premier ogłosi termin wyborów i będzie to niemal na pewno 21 października. Problem w tym, że prognozy składu wyborczych list, a co za tym dalej idzie samej Rady Miasta po wyborach, nie wskazują na to, aby miało się coś zmienić. Na listach wszystkich komitetów, znajdą się ludzie mądrzy, ale tylko w tym celu, by mandaty mogli zdobyć ci mniej rozgarnięci: byli żużlowcy, piłkarze, kulturyści, a wreszcie byli i obecni asystenci parlamentarzystów, często pracownicy Urzędu Marszałkowskiego. Ot, ludzie z gumy i bez kręgosłupów, którzy nie rozumieją ani polityki, ani miasta, ale nie mając ambicji, doświadczenia i stronników, zagwarantują lojalność.

Nic nowego, to już standard, że liderzy komitetów wyborczych w jesiennej elekcji, ale też wszyscy inni mający na ten proces wpływ, nie chcą wprowadzić do samorządu najlepszych, a tym bardziej lepszych od siebie. To różni politykę od korporacji, gdzie również trzeba umieć twardo grać, ale koniec końców, i tak najważniejsze są kompetencje, a nie sztuka kopania po nogach lub zatrzaskiwania w szatni. Rozdźwięk pomiędzy publicznymi wypowiedziami znanych gorzowskich polityków a tym, co mówią „off the record” jest ogromny. Kluby radnych nie mają być silne intelektem radnych, ale zdyscyplinowane ich lojalnością. Tu nie funkcjonuje żadna skomplikowana metodologia. Jest tylko jedna zasada, ta z czasów radzieckich: tisze jediesz, dalsze budiesz. Dlaczego? Bo w takim okresie jak teraz, na kilka dni przed wyborami, częściej przeciwnikami są osoby z własnego środowiska, a nie przeciwnego obozu. Nic na to nie poradzimy, skoro rekomendują ich poważne partie i środowiska, za którymi stoją znani w regionie politycy. Karmią miejscami na listach miernych i wiernych, chociaż prywatnie uważają ich za głupców. Czy kogoś jeszcze dziwi, dlaczego o miejsca na listach, nie ubiegają się ludzie z dorobkiem, wiedzą i doświadczeniem?

Gorycz stanu gorzowskiej, ale też ogólnopolskiej polityki, osładza fakt, że dochodzimy do momentu, w którym ludzie tę ściemę wyczuwają. To pierwsze z serii wyborów, w których ostatni raz wystartują ludzie z tektury i plastiku. Za 5 lat, nikt już się nabrać nie da. Zbyt wiele to kosztowało miasto i Polskę. Może być jednak zbyt późno.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże


x