Bagietka z zakalcem: Nie wierzcie politykom!

27 kwietnia 2018, 20:32, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Kiedyś radny, to był ktoś. Może irytowało, że był obok lub ponad innymi, ale przynajmniej nie było tak jak teraz: wielu radnych reprezentuje totalne dno, a nawet, znajduje się głęboko pod nim.

Dwa główne odczucia, jakie po latach obserwacji, mam wobec gorzowskiej polityki, to: znudzenie – wszyscy są tak bardzo przewidywalni i mało pomysłowi, a także zażenowanie – za sprawą bezsilności wobec niereformowalności tego środowiska. Jedną z podstawowych cech polityki nad Wartą, jest jej „plemienność”, i widać to już dzisiaj, podczas kształtowania list wyborczych. O co się pyta kandydatów na kandydatów do samorządu? Kogo lubią, z kim piją piwo i grają w piłkę, dlaczego napisali to, lub tamto, albo „zalajkowali” tekst na portalu społecznościowym.

Chodzi o zbadanie poziomu akceptacji dla innych „plemion” i ewentualną skłonność uderzenia w nie.
„Nie wierzę politykom” – śpiewał niegdyś kultowy zespół Tilt. Trudno się dziwić, nawet tu na prowincji, koncert ekscesów, wpadek, chamskich zachowań i głupawych wypowiedzi, w wykonaniu radnych i pretendujących do tej funkcji, był i jest całkiem głośny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w wielu przypadkach, chodzi w istocie o to, by tylko trwać – dla diety, dla splendoru, dla reklamy biznesu, czy zaspokojenia własnego ego. Radni jako największy problem Gorzowa? Niestety, nie jest to abstrakcja. Zastanówmy się, jaką pozycję mają dzisiaj miejscy rajcy. Po czasach „złotych”, gdy w ratuszu zasiadali Kazimierz Marcinkiewicz, Elżbieta Rafalska, Tadeusz Horbacz, Jerzy Hrybacz, Andrzej Pawlik, Witold Pahl, Paweł Leszczyński czy Jan Kochanowski, przyszły czasy „żelazne”. Symbolem tych czasów jest eksradny Michał Szmytkowski, który opuścił dwie trzecie sesji, czy megaaktywna Aleksandra Górecka, która do dziś nie wie, czy jest na Marsie, czy rzeczywiście w samorządzie. I jeszcze ci mędrcy w stylu Jana Kaczanowskiego, gdzie zestawienie: Kaczanowski – mędrzec, brzmi jak oksymoron.

Ci wszyscy radni, ale też już pewni pretendenci do tego gremium, nie są chorobą gorzowskiej polityki, ale jedynie jej objawem. Pytanie retoryczne: a może Rada Miasta nie jest do niczego potrzebna? Bo po co, skoro od dawna, nie prowadzi się tam sensownych dyskusji, a ważne decyzje zapadają na linii prezydent Wójcicki – mecenas Kurczyna. Tak, tak. Ręka rękę myje, zmowy milczenia wokół ewidentnych nieprawidłowości, a także związki: biznesowo-polityczno-rodzinne. To opis mafii? Nie, to gorzowska polityka, gdzie każdy zależy od każdego, a najczęściej chodzi o etat, zlecenie, lub przychylność, gdzieś tam.

Byłbym ostrożny z oczekiwaniem, że jesienne wybory, cokolwiek zmienią. Gdyby tak rzeczywiście miało być i byłoby to intencją liderów partii oraz organizacji społecznych, sami wycofaliby się na drugie miejsca na listach wyborczych, pozostawiając te pierwsze mniej znanym, ale posiadającym konkretną wiedzę oraz doświadczenie. Niestety, w Gorzowie wciąż triumfy święci wiara w magię nazwiska. Jak w filmie „Fałszywy senator”, gdzie wystarczyło nazwisko, aby stać się ważnym politykiem. Surmacz, Szadny, Rafalski, Kochanowski czy Marcinkiewicz – skąd my znamy te nazwiska? Wyborcy głosowali na „oryginały”, a do rady wchodziły dzieci, zięciowie i żony. To droga na skróty, która niezbyt dobrze świadczy o wyborcach, i wystawia jednoznaczną opinię politykom, którzy nie traktują ich poważnie.

Sięganie po znane nazwiska, sprawdzało się w kolejnych wyborach, ale po okresie ciemnoty i przekonania, że: „Ciemny lud to kupi”, nadchodzi oświecenie, i mieszkańcy mogą już tej ściemy nie kupić. Konia z rzędem temu, kto potrafiłby odgadnąć, jaka będzie przyszła Rada Miasta. Przykład Ludzi dla Miasta z poprzednich wyborów, dobitnie pokazał, że pazerność na stanowiska, werbalna brutalność i problem z dochodzeniem do porozumienia w ważnych dla miasta sprawach, nie jest domeną jedynie partii politycznych.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże