Bagietka z zakalcem: Gorzowska polityka cuchnie na odległość

21 marca 2018, 21:12, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Nudni i leniwi gorzowscy politycy, wyznaczają niestety miarę tego, jak mieszkańcy postrzegają politykę, a co za tym dalej idzie - słusznie się od niej odwracając. Stworzyli sobie publiczność, ale tej zaczyna coś śmierdzieć.

Szef knajpy w teatrze Varietes Andriej Fokicz jest postacią fikcyjną z "Mistrza i Małgorzaty" M. Bułhakowa. Sprzedawał swoim klientom obrzydliwą bryndzę i śmierdzącego jesiotra, co mocno poirytowało Wolanda. "Dostałem jesiotra drugiej świeżości!" - tłumaczył się Fokicz, na co usłyszał zdanie, które jak ulał pasuje do wielu gorzowskich polityków: "Świeżość jest tylko jedna, pierwsza i tym samym ostatnia". Ta historyjka przypomina się co cztery lata, gdy na kilka miesięcy przed wyborami, obserwujemy cudowne przebudzenia polityków, którzy chcą pokazać swoją świeżość. Rzucają pomysły, ogłaszają nośne hasła i kreują wizje, którym należałoby przyklasnąć, gdyby nie to, że faktycznie próbują opędzlować nam "jesiotry drugiej świeżości". Ów dania, to plastikowa polityka, w której nie chodzi o nic, jak tylko trwanie dla trwania - dla diety, dla splendoru, lub z braku innych zajęć.

W plastikowej aktywności nie idzie o coś ważnego, ale o działalność pojmowaną jako chęć publicznego zaistnienia w lokalnych mediach, lub zdobycia wpływu na władzę w mieście - bynajmniej, to ostatnie wcale nie jest głównym celem plastikowych działaczy, gdyż udział we władzy wymaga ciężkiej pracy: trzeba brać za nią odpowiedzialność. Tymczasem plastikowi radni i aktywiści, nie mają konkretnych celów i wizji, chęci zmiany czegokolwiek, bo ich jedynym celem jest bycie rozpoznawanym. Ich pomysł na bycie w polityce, to rola aktorów w teatrze lokalnej polityki, który ma miejsce na akademiach, przy okazji różnych uroczystości, inauguracji, w lokalnym radiu lub telewizji, na portalach informacyjnych lub społecznościowych.

Narcystycznie celebrujący sami siebie i oczekujący adoracji ze strony odbiorców ich komunikatów, nie zamierzają wychodzić poza horyzont fokusujący ich na zyskiwanie popularności. Przykład wielu gorzowskich działaczy pokazuje, że są w stanie zmieniać partie, gdy tylko dojdą do wniosku, że w innej mogą odnieść sukces w postaci stanowiska lub pozycji w hierarchii. W perspektywie jesiennych wyborów gotowi są zjeść własny język i przyjąć za swoje, każde poglądy, w które w danym momencie opłaca się wierzyć lub tę wiarę pozorować. Myli się ten, kto myśli, że na takim lokalnym poziomie, jest w tym jakiś większy zamysł polityczny, poza zwykłym koniunkturalizmem.

Kto jest lepszy: do bólu szczery mecenas Synowiec, czy wiecznie coś pozorujący radny Surowiec? Kogo mieszkańcy cenią bardziej: mało dyplomatyczną Grażynę Wojciechowską, czy "kręcącego lody" na zapleczu radnego Kurczynę? Kto jest bardziej inspirujący: sypiąca pomysłami z rękawa Marta Bejnar-Bejnarowicz, czy odczytująca z kartki, napisane jej przez męża przemównie, Maria Surmacz? Komu ufamy, że jako radny jest w odpowiednim miejscu: kompetentnemu Marcinowi Kazimierczakowi, czy synowi minister Rafalskiej, który w Radzie Miasta znalazł się przez przypadek? Kto jest głośniejszy: milczący Piotr Paluch, czy nic "niekumająca" Aleksandra Górecka? I tak dalej, i tak dalej. Wielu z nich, nadaje się na wielkie polityczne stoły dla wyborców, uginające się pod ogromnymi półmiskami politycznych potraw. Problem w tym, że wiele z nich - to potrawy "drugiej świeżości". Śmierdzą brakiem autentyczności i bezinteresowności.

Zobaczmy. Robert Jałowy - jesiotr drugiej, jeśli nie czwartej świeżości. Będzie kandydował. Jan Kaczanowski - tu mamy do czynienia ze świeżością paleontologiczną, ale ludzie mogą ów "smrodek" kupić. Paweł Ludniewski - niby młody, a już "wali", jakby ów polityczna ryba leżała w zbyt ciepłej temperaturze dłużej niż inni. Nie inaczej Zbigniew Syska, który nie zdążył się zepsuć, ale przebywając obok tych zepsutych, sam wydaje zapachy mało przyjemne. Można wymieniać bez końca i nie muszą to być tylko radni.

Wydaje się jednak, że mieszkańcy Gorzowa, coraz częściej zaczynają tą "drugą świeżość" wyczuwać. Im szybciej się zorientują, że krowa, która nie je trawy, nie daje mleka - a radny który się nie uczy i nie rozwija, nic nie zaproponuje - tym lepiej dla miasta. Narzeka się na prezydenta Wójcickiego: że zagubiony i sobie nie radzi, ale gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Większość radnych pozwala na wszystko, bo nie wiele z siebie mogą zaproponować. To wszystko pokazuje smutną cechę polityki nad Wartą: jej ciasnotę i brak perspektyw, brak wygenerowania z siebie czegokolwiek. Chętnie narzekamy na Zieloną Górę, zamiast brać z tamtejszych polityków przykład. Może warto złapać się przed wyborami za nos, rozejrzeć się, i wreszcie postawić na coś, co nie cuchnie..


Podziel się


Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże


x
Praca!