Gorzowska Szopka Polityczna 2017

31 grudnia 2017, 21:10, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
- Tym razem udało nam się – zdają się mówić wszyscy ci, którzy mimo przepowiedni pisarza Davida Meade’a, dostrzegli, iż tajemnicza planeta X nie uderzyła w Ziemię, Warta nie wyszła z brzegów, w „Przemysłówkę” nie uderzył samolot z Babimostu, Katedrę udało się uratować, a pewien senator, nie ogłosił się jeszcze biskupem diecezji.

Rok jak każdy, choć gwiazda nie świeciła wszystkim po równo. Polityczna „szopka”, dobrze się miała w Gorzowie, od zawsze. Politycznych osłów i baranów tu bez liku, a samozwańczych królów, jak to w Lubuskiem-było więcej niż w Betlejem. Nietzschowska teza, że „Bóg umarł” nie sprawdziła się wcale, bo można odnieść wrażenie, że polityczni bogowie są wśród nas: ożywiają, kreują i zawsze są nieomylni. Pewne jest, że rok 2017 upłynął w Gorzowie pod znakiem inwestycji, tych już zrealizowanych, a także dopiero planowanych. W tym kontekście miał on nad Wartą, twarz kilku osobowości: zakłopotanego prezydenta Jacka Wójcickiego, jego zakłopotanego zastępcy Artura Radzińskiego, i tych, którzy byli w stosunku do niego w kontrze: Marty Bejnar-Bejnarowicz, Sebastiana Pieńkowskiego, czy Roberta Surowca.

Jednak żaden z wymienionych, choć tak o sobie myślą, nie załapał się na miano noworocznego króla. Nie od dziś bowiem wiadomo, parafrazując wypowiedź jednego z arabskich władców, że w lubuskiej polityce, królów jest tylko pięciu: pikowy, karowy, kierowy, treflowy oraz minister rodziny Elżbieta Rafalska. Promowaną w czasach zamierzchłych metodę badania stopnia zawartości cukru w cukrze, zastąpił gorzowski ewenement na skalę kraju: badanie poziomu oddania do popularnej minister. Wybitni przedstawiciele gorzowskiego biznesu, nauki, kultury i sportu, artykułują polityczne deklaracje, udowadniają swoje czyste oddanie oraz eliminują wiarołomstwa. Rafalska, po jakobińsku zdeterminowana, nie chce w Gorzowie „dobrej zmiany”, ale tej lepszej. Ona lepsza już jest, i to stokroć, od poseł Krystyny Sibińskiej, którą koronowano właśnie na przewodniczącą Platformy. Kolejny krok to kanonizacja, i to za dziewictwo, w załatwieniu dla Gorzowa, czegokolwiek.


Cokolwiek by nie mówić o prezydencie Wójcickim, George Orwell byłby z niego dumny. Razem ze swoim biurem do spraw propagandy, które jako jedyne w urzędzie działa „wzorowo”, i nie narzeka na brak kadry, nadał inwestycyjnym zjawiskom oraz wydarzeniom znaczenie, o jakich językoznawca, rektor Elżbieta Skorupska-Raczyńska, nawet nie śniła. Polega to z grubsza na tym, że nie ważne jak jest w rzeczywistości, liczy się tylko to, żeby fajnie wyglądało.
Kiedy więc Platforma Obywatelska pozoruje troskę o miasto, grając zdartą płytę, z samego szczytu „Przemysłówki”, słychać łabędzi śpiew, byłego już wiceprezydenta Artura Radzińskiego: „Tak bardzo się starałem, a ty teraz nie chcesz mnie”. I choć liczy, że z Sebastianem Pieńkowskim, zaśpiewa Wójcickiemu „Requiem”, może się zawieść, bo gorzowscy wyborcy, wciąż wolą intonować: „Hosanna”. Mimo to Pieńkowski dwoi się i troi, a do swoich ewentów znalazł nawet bratnią duszę. Radny Paweł Ludniewski to jego młodsze lustrzane odbicie. Wprawdzie w krzywym zwierciadle, bo detale są mocno i nienaturalnie przerysowane, zwłaszcza te w talii, ale wiceprezydent będzie z niego jak trzeba.


Oj, nie brakuje w gorzowskiej „szopce”, osłów i baranów, którzy beczeli sporo, ale wszystko przypominało efekt gabinetu krzywych luster. „Trzeba się nawpier...ć, zanim nas wypier...ą” – słusznie prawił Nikoś Dyzma, na bankiecie, na który wszedł fortelem i został wzięty za kogoś innego. Komendant OHP Marek Surmacz, uważany był za kogoś poważnego i solidnego, poza dyskusją rzetelnego. Podpisując na sejmiku wojewódzkim listy obecności, nie biorąc już udziału w głosowaniach, lecz czmychając z Winnego Grodu, przez dziesięć miesięcy „chodził w butach”, w jakich wcześniej go nie widziano. Pobierając przy tym sporą dietę.

Bywa, że głośno beczą, głównie ze śmiechu, nie tylko polityczne zwierzęta, ale ich wyborcy. „Najważniejsza jest lokalizacja” – głosił bohater kultowego filmu „House of Cards” Frank Underwood, a poseł Jarosław Porwich twórczo ów tezę w grudniu rozwinął. Swoją rejtanadą z KUKIZ’15, Underwoodowskiej maksymie dodał ciąg dalszy: „...blisko koryta”. Nie on jeden zresztą, bo podobnie postąpił lider kabaretowej partyjki „Wolność” Robert Anacki, bratając się z wicepremierem „socjalistycznego rządu” Jarosławem Gowinem. „Dojrzałem do kompromisu” – powiedział. Gdyby fałszywe wyrażanie bezinteresownej troski o Ojczyznę, było dyscypliną olimpijską, obaj: Porwich i Anacki, nie musieliby męczyć się polityczną aktywnością, bo ich piersi uginałyby się od złotych medali.


To tylko ci, których w „szopce” było widać najbardziej. Możnaby wymieniać w nieskończoność. Ot, chociażby Jana Kaczanowskiego - dawną gwiazdę gorzowskiej lewicy, która w 2017 definitywnie odrzuciła niemądry zapał stawania okoniem i walki o przyszłość miasta, na rzecz miękkiego wchodzenia w du...ę. A Zbigniew Syska, Izabela Piotrowicz, Piotr Paluch czy Robert Surowiec? Klaskali w mijającym roku jak foczki w obie płetwy, będąc tworzywem, ale nawet przez chwilę, nie wchodząc w rolę tworzących, cokolwiek. Uczepili się Rady Miasta, jak pijany po sylwestrowej nocy płotu, i nie chcą odpuścić. Zresztą, po co się wysilać, skoro gorzowska polityka na kilka miesięcy przed wyborami w 2018 roku, przypomina komedię „Fałszywy senator” z Eddiem Murphym w roli głównej. Nie trzeba wielkich wizji, dokonań i programów. Wystarczy hasło: „Głosuj na nazwisko, które znasz”.


A wkoło jest wesoło. Piszący te słowa bloger, z właściwym sobie nadęciem, pisze streszczenia horrorów, w których głównymi bohaterami są politycy. On sam, choć pieje z zachwytu, głównie nad sobą, kogutem długo nie będzie. Rozdarty, pomiędzy byciem obserwatorem a aktywnym uczestnikiem, zachowuje się jak pies ogrodnika: sam nie zje, a innych obszczeka.


Podziel się





Komentarze


Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże


x
Praca!