Bagietka z zakalcem: Być przyzwoitym wiceprezydentem

17 grudnia 2017, 23:27, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Warto zachowywać miarę w ocenach spraw miasta. Wszystko po to, by podejmując odpowiedzialność w realu, nie skończyć tak, jak poprzednik wiceprezydent Agnieszki Surmacz.

Wiceprezydencka porażka Artura Radzińskiego nawiązuje do starej prawdy, bardzo często lekceważonej: uprawianie polityki lub praca w administracji publicznej, jest czymś istotnie jakościowo innym, od jej obserwowania, nawet z bardzo bliska, czy komentowania. Sukcesy w byciu agentem nieruchomości, ale też w innych miejscach: jako wójta gminy, nauczyciela lub architekta, nie dają żadnej gwarancji powodzenia w tej najtrudniejszej ze sztuk. Polityka, nawet taka lokalna i bardzo trywialna, jak ta nad Wartą, wymaga od jej uczestników aktywności na wielu poziomach jednocześnie. Konieczne jest uwzględnianie różnych kontekstów zdarzeń, a także umiejętność komunikowania się z ludźmi najbardziej nieprzychylnymi. Trzeba mieć percepcję społeczną, także taką, która pozwala widzieć rzeczy niewidoczne gołym okiem.


Bycie wiceprezydentem to jak lot odrzutowcem – sporo silnych przeciążeń. Czapkowanie odbiorców zewnętrznych – ewentualnych beneficjentów decyzji, a także lizusostwo tych wewnętrznych – urzędników pozorujących pracę, to chleb powszedni. Łatwo zapomnieć o głoszonych wcześniej ideałach, wypaść z toru, którym jechało się przez lata, stracić równowagę lub najzwyczajniej w świecie, zagubić się: w szczegółach, tłumaczeniach, poglądach. Sytuacja staje się niebezpieczna, co miało miejsce w przypadku wiceprezydenta Radzińskiego, gdy zainteresowany nie wykazuje się pokorą i rozwagą, ale jak ogień radzieckiego czołgu, niszczącego Landsberg, narzuca swoją pewność siebie innym. Dobre na poziomie politycznego teatru, słabe w obszarze inwestycyjnych konkretów. Wiceprezydent, mający złudne panowanie nad urzędniczą materią, to nie tylko komedia, ale również tragedia – dla miejskich inwestycji.


Owszem, powie ktoś, że byli gorsi w historii gorzowskiego samorządu, i całkiem dobrze sobie radzili, mimo iż byli to gracze słabsi od Radzińskiego. To prawda, ale o losie Radzińskiego przeważyła utrata powagi. Ważny urzędnik, mijający się w opiniach ze swoim przełożonym, artykułujący poglądy z prędkością „kałasznikowa”, a celnością podwórkowej procy, to gwóźdź do każdej politycznej trumny. W takim mieście jak Gorzów da się przeżyć hejt i lekceważenie, ale śmieszność w roli wiceprezydenta, zawsze musi być zabójcza. Wobec inwestorów, wobec podwładnych, a także wobec politycznej konkurencji. W samorządzie słowa są ważne, ale mniej od skuteczności. W niepoważnych czasach internetowej powierzchowności, a także prezydenta „w sam raz”, wiceprezydenci powinni być przede wszystkim fachowcami, a nie bajkopisarzami.


Groteskowo wygląda sytuacja, gdy wiceprezydentem odpowiedzialnym za inwestycje, zostaje szefowa wydziału, za bałagan w tym obszarze odpowiedzialnego. Trudno odmówić Agnieszce Surmacz kompetencji oraz doświadczenia, ale można by pomyśleć, że w tym mieście nie ma już ludzi, którzy potrafią więcej, niż urzędnicy. Urzędnik to nie jest wizjoner, a w tym konkretnym przypadku, okazuje się również, że nie zawsze musi być oazą bezstronności, a nawet bezinteresowności. Wszystko jest „lege artis”, ale już w drugim tygodniu jej urzędowania, wątpliwości są zasadne. I refleksja: czy są w mieście obszary bezinteresowności, bez licencji na robienie deali? Nie może być tak, że urzędnik, radny czy nawet dziennikarz, z dostępem do informacji kluczowych w obszarze miejskich inwestycji, odkrywa w sobie predyspozycje do bycia wyższą kastą „lepszych mieszkańców”. Zwykła przyzwoitość obowiązuje nawet wiceprezydentów.


Podziel się


Komentarze




Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże