Krótkie zwarcie, długie śledztwo

20 października 2017, 09:49, mk
107 dni, czyli 3 miesiące i 15 dni zajęło śledczym z prokuratury ustalenie, że w gorzowskiej katedrze doszło do zwarcia instalacji elektrycznej. Biegli, którzy działali na zlecenie gorzowskiej, prokuratury wzięli za te ustalenia zapewne niemałe pieniądze.

O tym, że na wieży gorzowskiej katedry doszło do zwarcia, wiedzieli od dawna wszyscy zainteresowani. To była tzw. tajemnica poliszynela, czyli wszyscy wszystko wiedzą, lecz nikt o niej głośno nie mówi. Od razu nasuwa się pytanie, dlaczego nikt nie mówi? Dlaczego wciąż (przez ponad 3 miesiące) temat był praktycznie zamiatany pod dywan?

Teraz gdy oficjalnie wiemy, jaka jest przyczyna pożaru, wciąż wiemy, że... nic nie wiemy, albo przynajmniej niewiele wiemy. Za to ci, którzy wiedzą i mogliby cokolwiek powiedzieć, wciąż milczą, zasłaniając się prowadzonym przez prokuraturę postępowaniem. Prokuratura powiedziała tak naprawdę tylko trzy zdania, a pytany o szczegóły tej sprawy, rzecznik prasowy Roman Witkowski albo nie umiał odpowiedzieć na konkretne pytania stawiane przez dziennikarzy, albo zasłaniał się dobrem śledztwa.

Teorii wiele, o niektórych z nich pisaliśmy już we wrześniu, w artykule pt. „Dlaczego doszło do pożaru katedry?”. Już wówczas sygnalizowaliśmy, że w katedrze źle się działo, szczególnie jeżeli chodzi o system przeciwpożarowy. Jednak największe kontrowersje wzbudza fakt, że gorzowska katedra nie była bezpośrednio podłączona do systemu alarmowego w Miejskim Stanowisku Kierowania, zlokalizowanym w Komendzie PSP. Każdy zabytkowy budynek i budynek użyteczności publicznej mający powyżej 25 metrów wysokości musi zgodnie z prawem posiadać system alarmowy. Jeżeli natomiast na terenie takiego budynku nie działa jednostka ratowniczo-gaśnicza, to budynek MUSI być podłączony aktywnym łączem z najbliższą jednostką PSP.

Tak właśnie było w przypadku katedry. Wszyscy wiedzą, że takiego połączenia w dniu pożaru (i wiele wcześniej) już nie było i co najgorsze – wciąż nie ma! Już nie było, bo jak się okazuje – wcześniej takie połączenie funkcjonowało. Dlaczego i kiedy ten system został odcięty od KM PSP wie tylko wąska grupa osób, z obecnym i byłym proboszczem na czele. Do nas dotarły sygnały, że nie były opłacane faktury...

Zadaliśmy w tej sprawie pytania wszędzie. Prokuratura: To zapewne będzie przedmiotem prowadzonego śledztwa. Straż Pożarna, zadzwoniliśmy do samego p.o. Komendanta Wojewódzkiego: Dopóki prowadzone jest śledztwo, nikt w tej sprawie nie zabierze głosu. Idąc śladem powiedzenia „Jak trwoga, to do Boga”, w końcu wysyłam pytania do samej „góry”, czyli do Kurii Diecezjalnej. W końcu zatajenie prawdy, to też grzech? Była więc nadzieja, że właściciel obiektu cokolwiek powie. Pytania były cztery – chyba najbardziej nurtujące wielu gorzowian:
1. Czy w dniu pożaru budynek był połączony (według przepisów prawa) ze stanowiskiem kierowania KM PSP?
2. Jeżeli budynek nie posiadał aktywnego połączenia z KM PSP, to jaka była tego przyczyna?
3. Czy to prawda, że przed oficjalnym zgłoszeniem pożaru do jednostek PSP w katedrze (także w czasie mszy świętej) włączał się system alarmowy?
4. Czy to prawda, że przeglądu/naprawy instalacji elektrycznej bezpośrednio przed pożarem dokonywała osoba do tego nieuprawniona?

Odpowiedź z kurii przyszła prawie natychmiast. - Kwestie, o które Pan pyta stanowią przedmiot postępowania prokuratorskiego. Postępowanie jest w toku. Czekamy na ogłoszenie jego wyników- pisał w e-mailu ks. Andrzej Sapieha, rzecznik prasowy Kurii Diecezjalnej w Zielonej Górze.

Wielu z naszych czytelników porusza problem znajdujących się na wieży kościoła nadajników telefonii komórkowej. Padają pytania o „serwerownie”, czy też „przegrzane nadajniki telefonii komórkowej”, które rzekomo miały nie wytrzymać większego natężenia ruchu w czasie Dni Gorzowa. Te mniej lub bardziej absurdalne domysły pojawiają się w tak zwanej przestrzeni publicznej coraz częściej. Dziennikarze działający w imieniu mieszkańców miasta domagają się odpowiedzi na szereg pytań. Tej chyba jednak długo nie będzie, bo jak się okazuje, po 3-miesięcznym dochodzeniu prowadzonym przez biegłych, kolejni biegli będą musieli stwierdzić co było przyczyną zwarcia instalacji elektrycznej. Wiemy, że dopiero niedawno w tej sprawie przesłuchano osoby będące feralnego dnia w katedrze.

Powróćmy jeszcze na chwilę do kolejnego ogólnie znanego, ale nigdzie niepotwierdzonego faktu. Chodzi o słynnego już „elektryka z łapanki”. Pan „Zdzisiu” (tak go czasowo nazwijmy), nawet jak był na wieży i nawet jak coś pogrzebał w kabelkach, to suma summarum – odpowiedzialnością za jego działania ponosi właściciel/zarządca budynku. To, że Pan Zdzisiu zajrzał do projektora to jedno... ale do wykonania takiej usługi ksiądz powinien wezwać wykwalifikowanego elektryka i otrzymać dokument wykonania zlecenia, a co za tym idzie – za taką usługę zapłacić. Proste porównanie: jeżeli w moim domu wybuchnie kuchenka gazowa, którą montowałem przy wódce wraz ze szwagrem, to kto będzie odpowiedzialny za to zdarzenie? Odpowiedź chyba jest oczywista.

Każda kontrola instalacji gazowej, elektrycznej itd. w każdym budynku musi być potwierdzona odpowiednim dokumentem, czy to w książce gwarancyjnej, czy nawet na zwykłej kartce papieru – z pieczątką i podpisem naszym i wykonawcy. To samo dotyczy obiektów użyteczności publicznej. Każdy powinien mieć dokumentację, książkę lub cokolwiek, gdzie taka naprawa musi zostać odnotowana, gdzieś musi być zlecenie, gdzieś musi być protokół wykonania zlecenia...

Jeszcze na zakończenie kilka słów z ustawy o ochronie przeciwpożarowej, która wskazuje osobę odpowiedzialną za naruszenie przepisów przeciwpożarowych. Artykuł 3, ustęp 1 i 2 tego dokumentu nie pozostawia złudzeń. Jeżeli faktycznie zwarcie instalacji elektrycznej powstało w wyniku ingerencji osoby nieuprawnionej (czyt. pana Zdzisia), to i tak pan Zdzisiu odpowiadać za pożar nie będzie, bo „osoba fizyczna, osoba prawna, organizacja lub instytucja korzystające ze środowiska, budynku, obiektu lub terenu są obowiązane zabezpieczyć je przed zagrożeniem pożarowym, lub innym miejscowym zagrożeniem. Właściciel, zarządca lub użytkownik budynku, obiektu lub terenu, a także podmioty, o których mowa w ust. 1, ponoszą odpowiedzialność za naruszenie przepisów przeciwpożarowych, w trybie i na zasadach określonych w innych przepisach.

Pytanie tylko jak bardzo komuś będzie zależało, aby prawda nie ujrzała światła dziennego, albo jak bardzo ktoś będzie zdeterminowany, aby ubezpieczyciel wypłacił należne odszkodowanie? Być może śledztwo "wykaże", że zwarcie instalacji elektrycznej nastąpiło w wyniku uderzenia pioruna w wieżę katedralną i wówczas też „wysiadły” wszystkie systemy. Winny będzie tylko Bóg.


Podziel się


Komentarze




Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże