Bagietka z zakalcem: Co nas w mieście wkurza?

7 sierpnia 2017, 17:36, Robert Bagiński, nadwarta.blogspot.com
Oczywiście wszechobecne korki, ale też powszechny marazm i „tumiwisizm”. Prezydent zdaje się interesować tym, czy mieszkańcy go lubią, ale już w mniejszym stopniu interesują go ich oczekiwania i problemy.

Wakacyjna podróż po ratuszowych newsach, to kąpiel w morzu picu i taniej propagandy. Ilość, forma i treść, miejskich zapowiedzi, tłumaczeń oraz propozycji - głównie na ad Kalendas Graecas – budzi litość i trwogę. Bombastyczne tytuły urzędowych newsletterów, typu: „Chcą mieszkać w Gorzowie”, podczas gdy wiadomo, iż miasto jest wyjaławiane z tych najzdolniejszych, nie tylko śmieszą, ale najzwyczajniej irytują. Można odnieść wrażenie, że autorami podobnych komunikatów, są jakieś świry, czerpiące inspirację z grupy „Monty Pythona”.

Podskórnie czuć, że miasto stało się domeną konkurujących ze sobą towarzystw wzajemnej adoracji, klik oraz wspólnot interesów. To smutne, ale dziś o losach miasta w minimalnym stopniu decyduje Rada Miasta i wybrani w wyborach radni. Prezydent Wójcicki, wywiesił białą flagę i przyjął postawę „jakoś to będzie”, najlepiej... ”w sam raz”. Powinien się zdecydować: albo jest włodarzem miasta, prowadzącym dojrzałą politykę, albo popychadłem dla miejskich partii szczególnie jednej. Albo, albo, wybór należy do niego.

Urząd objął w komfortowej sytuacji. Zintegrowane Inwestycje Terytorialne wynegocjowane, większość projektów i koncepcji, począwszy od „Kawki”, Planu Transportowego, a na Centrum Edukacji Zawodowej i remoncie ulicy Kostrzyńskiej, przyjęte przez radnych. Wystarczyło unikać skał i mielizn, by okręt o nazwie „Gorzów” wypłynął na szerokie wody.

Spójrzmy na Janusza Kubickiego z Zielonej Góry, czy Wadima Tyszkiewicza w Nowej Soli – potrafią „kuć żelazo, póki gorące”, prowadząc wybitnie skuteczną i pożyteczną dla mieszkańców, politykę inwestycyjną. Młody, ambitny i podobno rzutki prezydent Wójcicki, okazał się do tego niezdolny, bo PR-owskie sztuczki, są doskonałe do zyskiwania popularności, ale nie działają na inwestorów oraz urzędników czytających strategie. W miastach chcących się rozwijać, a przynajmniej nie cofać, każdą złotówkę ogląda się trzy razy. Władze miasta nie zajmują się obrotem nieruchomościami, pompując miliony, by zrobić komuś dobrze dzisiaj, ale myslą o tym, co będzie za lata.

To nie jest tak, że w Urzędzie Marszałkowskim z prezydentem Gorzowa nikt się nie liczy. Jest całkowicie odwrotnie: z Wójcickim liczą się tak, jak wykładowca renomowanej uczelni, liczy się ze studentem, który odstaje poziomem intelektualnym od reszty. W efekcie, prezydent wysyła w bój wiceprezydenta Radzińskiego, którego nikt w zielonogórskich gabinetach nie traktuje nadmiernie poważnie. Konsekwencje łatwe do przewidzenia, a nad Wartą – żale, fochy, dąsy i pohukiwania, że „falubazy” nas nie lubią. Nie muszą, z wzajemnością, ale nie walcząc o swoje poziomem dokumentów, sami strzelamy sobie w kolano.

W sensie pozycji Gorzowa w regionie i poza nim, miasto nad Wartą jest raczej widzem, niż uczestnikiem tej konkurencji. Rozgłos zyskuje tylko wtedy, gdy coś spłonie, ktoś wyskoczy z okna, albo zostanie dźgnięty kuchennym nożem. Nie ma już nagród, wyróżnień i wysokich miejsc w rankingach, są za to raporty o najniższych wynagrodzeniach i kryminalne statystyki. Jest jeszcze to, o czym wszyscy wiemy: świadomość bylejakości i mierności klasy politycznej, która z pewnymi wyjątkami, nadaje się w całości do wymiany.

I to właśnie, wszystkich denerwuje.

 


Podziel się


Komentarze




Zobacz także

Pozostałe wiadomości


Fotoreportaże